Wyświetlono wiadomości znalezione dla zapytania: wrozki praca zbiorowa

Balex Metal

A wg mnie to jest takie typowe malkontenctwo pracownikow, ktorym cos nie pasuje. Skoro w tej firmie jest tak zle, to czemu ci wszyscy ludzie czegos z tym nie zrobia? Telefon do inspektora pracy powinien byc wykonywany nagminnie.
Oprocz tego pracownik ma prawo pozwac pracodawce do sadu pracy - w tym wypadku moglby to byc pozew zbiorowy skoro wszyscy tacy niezadowoleni. Naglosnijscie sprawe w mediach, w TVNie czy innym cholerstwie, a nie siedzcie i narzekajcie. Poza tym w takich sytuacjach dobry moze sie okazac zwiazek zawodowy.

Jak narazie to wydaje mi sie jednak, ze to jest takie plucie jadem i zolcia za plecami, ale nikt nie ma odwagi, zeby wystapic przed szereg i cos z tym zrobic.
Ja nie wiem - czy Ci wszyscy pracownicy wychodza z zalozenia, ze organy, ktore powinny sie tym zajac to jasnowidze i wrozki i potrafia czytac w zbiorowej swiadomosci pracownikow Belex metalu? DOPOKI SIE NIE POWIE, ZE COS JEST ZLE TO NIKT SIE O TYM NIE DOWIE. To jest chyba proste. A to ze Kazio powie Krysi, Krysia spotka sie z Ewa i Basia i beda sie bulwesrowac sprawa godzinami, do niczego nie prowadzi.

Ludzie nie badzcie smieszni tylko cos z tym zrobcie i przestancie wreszcie bic piane na forach, bo to akurat niczego nie zmieni.

 » 

I kto mówił że marzenia się nie spełniają?

Było raz sobie miejsce dziwne, pełne luster, smutne. Zamieszkiwali je ludzie prości. Smoki,
wróżki, wiedzmy, nawet gdzieś pokotem wypłosze i dawni –przestarzali- bogowie. Wyrzutki świata, zapomniani, zakurzeni, jednym słowem zgrzybiali. Dzień upływał im na emocjonującym szydełkowaniu i robieniu na drutach, upijali się herbatą malinową i bardzo późną porą, wieczorynki, kładli się spać.
Jeden dzień, jedna chwila, jedno wydarzenie zmieniło los ich wszystkich. Odbudowało z popiołów chęć do życia.

-Kibel się zatkał! – ryk smoka naruszył posady starego, spróchniałego drewnianego wychodka. – Ktoś dokonał sabotażu miejsca dobrej nadziei!

I tak oto rozpoczął się proces tworzenia nowej historii świata.

W skrócie coś głośnego i podejrzanie przypominającego klakson wywołało z chatki kapturka na odwyku całe stado. Dostojnym krokiem, przepychając się jak w kolejce za komuny stanęli w idealnym szeregu, każdy gdzie indziej na podwórzu.

Oto przed ich oczami działo się coś dziwnego. Wampir w swej mroczności stał przed dziwnymi butkami wyładowywanymi z Seicento.

-Eeeee, co to jest? – nad wyraz inteligentnie spytała jaszczurka przez ewolucje stylizowana na smoka. Pozostali wlepiali oczka w nieznane z przeznaczenia przedmioty. – Będziemy hodować psy?

Wampir w geście totalnej rezygnacji wzniósł oczy do nieba i modlił się o cierpliwość do Matki Inteligencji, która z natury feministką będąc poskąpiła swej miłości płci brzydkiej.

-Nie kochani to coś, co dla was jest niezbędne do życia. A ja, jako taka miła i przyjazna środowisku istota daje wam w ramach działalności św. Mikołaja. Musze odpokutować za to, że go wyssałam z krwi – dodała ciszej. –To są tzw. Toj tojki.

-eeeee – odezwał się zbiorowy chór mieszany.

-Miejsce, do którego nawet król chodzi piechotą. - wyjaśniła zrezygnowana.

I tak oto świat został uratowany przez inwazją dziwnych stworów szukających wychodka.

Tylko po to by 6 grudnia niezidentyfikowana kobieta poruszająca się saniami ciągniętymi przez renifery mogła dostarczyła dzieciom niebezpiecznych zabawek. Odkryto, że zmieniały one te niewinne istoty w kwiorzercze maszynki do zabijania. Nim dorośli zdołali zapobiec globalnemu podbojowi zostali pozbawieni wszelakich praw i zamknięci w specjalnych zakładach pracy, pilnowały ich dzieci- mordercy- strażnicy. Takim to sposobem niezidentyfikowana kobieta, u której stwierdzono występowanie kłów opanowała świat.

A w świecie dziwnych istot wszyscy byli szczęśliwi i przynajmniej raz dziennie zachwycali się nowymi lśniącymi toj tojkami. Najczęściej okazywali to wchodząc do środka i wydając dziwne odgłosy.

I kto mówił że marzenia się nie spełniają?

AM Książki #22

Gwoli uporządkowania.

Deadline do prawdopodobnie ostatniego numeru z dużą dozą prawdopodobieństwa przewiduję na piątek, 30. listopada. Wtedy też zacznę składać kącik, a z uwagi na to, że mogę to robić tylko w weekendy, termin deadline'u jest nienaruszalny. (Jeśli miałbym się bawić we wróżkę to BYĆ MOŻE będzie można opoźnić deadline o tydzień, wtedy Was o tym poinformuję. Niemniej i tak macie cały miesiąc na pisanie...)

Na skrzynce są następujące teksty:

Frederick Forsyth - Afgańczyk
Terry Pratchett - Kot w stanie czystym
Edward Stachura - Listy do pisarzy
David Eddings - Najdroższa
Andrzej Pilipiuk – Wieszać Każdy Może
O fenomenie Harry’ego Potter’a słów kilka

Jeśli wysłaliście coś, czego tu nie ma, przyślijcie ponownie, na adres kącika amksiazki@o2.pl.

Motywem przewodnim numeru będzie Bohumil Hrabal. Jeśli kogoś ta informacja natchnie do recenzji jakiejś jego pozycji - super:)

Pomysły, uwagi? A i owszem, będzie bardzo miło, ale nie na zasadzie "zróbcie to to i to". Serdecznie zapraszamy z własnymi inicjatywami, ale podpartymi już jakąś pracą, tudzież jej efektami:)

Jest jeszcze parę szczegółów, takich jak np. zbiorowy tekst o samym kąciku. Nie wiem, czy chcecie takie coś i w jakiej formie - ścisłej i przylegającej:) czy jak choćby w nowym Games Cornerze (Solar Wam na pewno wyjaśni;p) na zasadzie Hyde Parku.

Temat poniższy jest ściśle offtopiczny:) i uprasza się moderację o pozostawienie go w spokoju, potem można będzie zamknąć czy nawet skasować. A teraz, cytując popularny kabaret - "burza mózgów. A, jak wiadomo, podczas burzy mózgów nie ma głupich pomysłów". I obym nie musiał "cofać ostatnigo zdania".

WRÓŻKA MI POWIEDZIAŁA ...

dziewczyny nie wierzcie we wrozby sms-owe!!tak jak mowi patricia23 pisza to ludzie jak my! to ich praca!szkoda pieniedz

natomiast rozni wrozbiaze i media....to o innego. wierze w przepowiednie.oczywiscie nie kazdy potrafi postawic dobra wrozbe, niektorzy traktuja to jako swoja prace zarobowa i glupoty mowia. ale jesli macie kogos sprawdzonego to mozna zaufac....

moj tata klka lat temu byl razem z przyjaciolmi z pracy a jakoms spotkaniu w lesznie, tam umowili sie wszyscy razem, zbiorowo do wrozbity, traktujac to jako "zabawna" stone wyjazdu, nic nie biorac na powaznie. facet (wrozbita)powiedzial im ze zna date swojej smierci, i moglby kazdemu powiedziec kiedy kto umrze. jedna z kolezanek drwila sob ie z niego, docinala mu, nie wierzyla. ona jedna zapytala go o date swojej smierci....bylo to juz kilka lat temu, ale poweidzial jej, ze niedlugo dowie sioe ze ma raka, umrze za rok w czerwcu......moj tata mowi, ze do dzisiaj wszystkim brzmi w uszach jaj drwiacy smiech....niedlugo ciezko zachorowala (rak). umarla w czerwcu nastepnego roku
ten facet ponoc "snil" duzo rzeczy, jak chcial sie czegos gleboko dowiedziec, to jakby "nastawial" sen na to pytanie, i jemu sie to snilo!!
takze nie wszystko jest zbiegiem okolicznosci, niewatpliwie coz sie sprawdza.
tez chcialbym isc do wrozki ale bje sie uslyszec ze cos stanie sie bardzo zlego, np ktos umrze. wtedy bym sie chyba zalamala i ciagle bym o ym myslala. ciekawe, czy mogla bym poprosic, zeby powiedziala tylko przeszlosc i terazniejszosc, zeby sprawdzic czy sie sprawdza. ale przyszlosc tez, ale poprosic, zeby nie mowila jesli widzi jakies tragedie......wiem, ze to troche bez sensu, ale takich rzeczy wolalabym nie wiedziec....

kiedys w sklepie spotkal mnie mloda dziewczyna (jakas latynoska) i powiedzial mi, ze jestem bardzo "czysta" do wrozenia, ze latwo ze mnie wszystko wyczytac.....ze mam lopty z zoladkiem, ze bede mic romans z kims, dzieki komu stane sie bogata dala mi wizytowke zeby do niej przyjsc, nie poszlam ze strach wlasnie

zoladek?moze miala racje, bo czest mnie pobolewa, niby nic mi nie dolega, ale musze uwazac co jem, bo po niektorych rzeczach jest mi niedobrze, a romansu jezcze nie mailam, to i bogata nie jestem
ale ktorz wie......

 » 

Czerwony Smok - Red Dragon (2002) DVD


produkcja: Niemcy , USA gatunek: Thriller

Opis:
Agent FBI Will Graham (Edward Norton) odchodzi z czynnej służby, kiedy zostaje ciężko raniony przez seryjnego mordercę, doktora Hannibala Lectera (Anthony Hopkins). Mężczyzna przenosi się z rodziną na Florydę. Wkrótce jednak zmuszony jest wrócić do pracy, by zająć się sprawą zbiorowych morderstw dwóch rodzin, które zostały popełnione podczas pełni księżyca. Mimo niezwykłej umiejętności przenikania umysłu przestępcy, Will zmuszony jest poprosić o pomoc w śledztwie swojego dawnego oprawcę – doktora Lectera. Jest to dla niego ciężka próba, jednak Graham decyduje się stawić jej czoła. Musi się spieszyć bowiem morderca, zwany Zębową Wróżką, wybrał już swoje następne ofiary...

Obsada:
Anthony Hopkins :Hannibal 'Kanibal' Lecter
Edward Norton :William 'Will' Graham
Ralph Fiennes :Francis Dolarhyde
Harvey Keitel :Jack Crawford
Mary-Louise Parker :Molly Graham
Emily Watson :Reba McClane
Philip Seymour Hoffman :Freddy Lounds
Lalo Schifrin :Drygent
Robert Randolph Caton :Opiekun muzeum
Conrad E. Palmisano :Deputowany w samochodzie
Tom Verica :Charles Leeds
Ken Leung :Lloyd Bowman
Marc Abraham :Gość na obiedzie
Azura Skye :Sprzedawczyni w księgarni
Norman Fessler :Kierowca

Format obrazu: 16:9, PAL
Region: 0 (region free)
Dźwięk: DD5.1: EN
Napisy: polskie, angielskie
Video: przekodowane CCE (7x, 3685)
Menu: Tak
Dodatki: Tak
Wielkość: 4 GB




ed2k://|file|Czerwony%20Smok%20Dvdr%20Vts%2001%201.vob|1073739776|7BA62475B423136B8FCD1BB3EC72EB25|/


ed2k://|file|Czerwony%20Smok%20Dvdr%20Vts%2001%202.vob|1073739776|37FC8CAB9BBF0C05B49FB37D5AD534E3|/


ed2k://|file|Czerwony%20Smok%20Dvdr%20Vts%2001%203.vob|1073739776|110746B4ABBA4627F3BD0B29BE335022|/


ed2k://|file|Czerwony%20Smok%20Dvdr%20Vts%2001%204.vob|1073739776|3AFAD409EB5C0281C892D7DC6E104E27|/


ed2k://|file|Czerwony%20Smok%20Dvdr%20Restfiles.rar|361703217|0F599AC3774A27F582075927F930867F|/


"CINDERELLA" Teatr Wielki

CINDERELLA / KOPCIUSZEK

BALET DO MUZYKI G. ROSSINIEGO
libretto - GIORGIO MADIA

realizatorzy
inscenizacja i choreografia GIORGIO MADIA
dekoracje i kostiumy CORDELIA MATTHES
współpraca scenograficzna BRIGIT KOFMEL
realizacja światła JERZY STACHOWIAK
kierownik baletu ANNA KRZYŚKÓW
koordynator pracy baletu Jarosław Biernacki
inspektor baletu Krzysztof Pabjańczyk
pedagodzy i asystenci choreografa Edyta Wasłowska, Anna Fronczek-Lewandowska, Malwina Poleszak-Kopeć, Vadim Domark
akompaniator baletu Elżbieta Bruc
asystentka scenografa Elżbieta Panek
inspicjenci Anna Krzemińska

Ten balet w choreografii Giorgio Madii - do najciekawszych i najpiękniejszych fragmentów muzycznych z bogatej twórczości Rossiniego, to nowe i nowoczesne spojrzenie wybitnego choreografa na znany temat z baśni Perraulta, przeniesienie go w inne realia i potraktowanie po „disneyowsku” - radośnie i kolorowo. Znany w Łodzi ze znakomitej realizacji „Śpiącej królewny” (nagrodzonej „Złotą maską”), obdarzony niezwykłą wyobraźnią sceniczną choreograf, dysponujący bogatym językiem choreograficznym, należy do grupy tych inscenizatorów, którzy dalecy są od dosłowności i tzw. łopatologii. Jego wielkie (!) dzieła sceniczne charakteryzuje niezwykle oryginalna plastyka, niepowtarzalna kompozycja dużych scen zbiorowych, wirtuozowskie układy solistyczne i charakterystyczny ruch łączący w sobie elementy tańca klasycznego ze współczesnym językiem choreograficznym. Jest też Giorgio Madia mistrzem narracji scenicznej – opowiada prosto i z dowcipem, czytelnie choć zawsze z podtekstem, beztrosko, ale i z refleksją.
Taki właśnie jest„ Kopciuszek” w nowej, niebanalnej realizacji Giorgio Madii.
obsada

Cinderella (Kopciuszek) MONIKA MACIEJEWSKA, JULIA SADOWSKA,
PAULINA SAŁEK
Książę GINTAUTAS POTOCKAS, PIOTR RATAJEWSKI,
Siostra I AGATA JANKOWSKA-DOBROWOLSKA, ALEKSANDER MIEDWIEDIEW, KRZYSZTOF PABJAŃCZYK
Siostra II KAROLINA SASIN-BARYLSKA, KAMIL CHMIELECKI, JERZY GĘSIKOWSKI
Macocha MARIUSZ CABAN, ADAM GRABARCZYK, TOMASZ JAGODZIŃSKI
Wróżka BEATA BROŻEK, AGATA JANKOWSKA-DOBROWOLSKA, KAROLINA SASIN-BARYLSKA
Lokaje KAMIL CHMIELECKI, WOJCIECH DOMAGAŁA, JAN ŁUKASIEWICZ, KRZYSZTOF PABJAŃCZYK
SOLIŚCI • KORYFEJE • ZESPÓŁ BALETOWY TEATRU WIELKIEGO W ŁODZI
Uczniowie Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej im. F. Parnella w Łodzi

Horoskop


Horoskopy - przepowiednie sporządzane na podstawie układów gwiazd. Wykonywane jeszcze tysiące lat temu w Babilonie, Indiach, Mezopotamii. Prze jednych traktowane jako jako tandeta i wymysły pseudo-wróżek, przez innych jako droga do poznania samego siebie i drogowskaz wskazujący drogę życia.
Ich rodzajów jest multum - urodzinowe, księżycowe, kwiatowe, na rok XX, chińskie, partnerskie, celtyckie... Którym wierzyć?

Przez chrześcijaństwo wierzenie w przekaz horoskopów to grzech. Bo przecież tylko Bóg może znać losy człowieka. Mimo to cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
Ale w które horoskopy wierzyć? Jaką mamy pewność, że wróżka nie kłamie, lub że super-spełniające się horoskopy nie są pisane przez zwykłego, szarego człowieka, manipulującego ludzkim ego i wykorzystującego efekt Forera?

Co Wy o tym myślicie? Czytacie czasem horoskopy? Porównujecie do nich swoje przeżycia i próbujecie iść wytyczoną przez nie ścieżką?



Pytasz o horoskopy czy o astrologie?
Astrologia jak inne sztuki mantyczne operuje archetypami zbiorowymi - które u wszystkich ludzi bez wzgledu na płeć, wiek, rase, pochodznie są identycznie odbierane przez każdego. Jak np. archetyp matki, ojca, śmierci, itd....

Pseudo śmieci gazetowe nie mają zadnego związku z profesjonalną astrologią - jedyne co robią to psują jej opinie, podobnie jak radio np.eska, niekomercyjnej muzyce elektronicznej. Horoskopy przedstawiają zdjęcie nieba w momencie powstania Engramu.
Ścisłe powiązanie miedzy tym obrazem a momentem powstania engramu prowadzi do korelacji które w dalesz konsekwensji mozna poddac analizie. Ciała niebieskie promieniują, subtelnie, jednak promieniują co ma ściśły wpływ na energetyczną strukturę czlowieka.
Dla przykładu w czasie pełni krew jest bliżej powierzchni ciała, co może ułatwiać krwotok, podnosi się cisnienie tętnicze krwi; powoduje pobudzenie, zwiększoną agresje itd a w czasie nowi krew jest głeboko w ciele i skutek tego jest odwrotny od działania pełni.
Tak samo jest z wpływem pozostałych ciał na kanaly enegetyczne człowieka [meridiany].
Wątpić należy we wszystko - to cecha dojrzałości. Ale ignorancja to cecha głupców...

Astrologia jest zegarem który wskazuje pik po piku jak zmienia się Qi na planecie Ziemi, jak te piki wnoszą zmiany w nas. Świadomośc tych pików włąście wykorzystana ułatwia wiele, a nawet chroni przed "nieznanymi niespodziankami". Jest znakomitym narzędziem do poznania nie tyle innych co siebie, i to gruntownie jeżeli podejście do pracy jest odpowiednie.

Festiwal Zdrowia i Niezwykłości

Rusza wielki Festiwal Zdrowia i Niezwykłości

9.11.2007

Dziś w Hali Expo przy ul. Stefanowskiego rozpoczyna się XIV Festiwal Zdrowia i Niezwykłości. Przez trzy dni w godzinach 10-18 ponad dwustu wystawców prezentować będzie tysiące produktów dla zdrowia i urody.

Andżelika, Anastazja, Grażyna Jasnosłysząca, Akima zajmująca się runami, Alicja psychotronik, Henrietta, Janina Ziółowska - to tylko niektóre z wróżek, które zapowiedziały swój udział w tegorocznym festiwalu. Stało się tradycją, że w czasie listopadowych targów wróżki zajmują ważne miejsce wśród wystawców. Wszystko dlatego, że przed ich stoiskami (a właściwie gabinetami wróżb) ustawiają się długie kolejki. Młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni mają nadzieję, że wizyta u doświadczonej przepowiadaczki zdarzeń pozwoli im znaleźć odpowiedź na nurtujące ich problemy, rozwiąże najtrudniejsze z nich, sprawi, że szczęście się do nich uśmiechnie.

Karta prawdę ci powie
Wróżki mają do tego niezwykły oręż. Obok doświadczenia posługują się kilkoma metodami. Żeby zajrzeć w serca i umysły kładą karty (anielskie, zwykłe, tarota), układają runy, korzystają z wahadełka, kryształowej kuli, szukają znaków na dłoniach i w rysach twarzy, palą kadzidełka i lampki oliwne. A wszystko po to, żeby zbudować odpowiedni nastrój i jak najlepiej pomóc każdemu w jego kłopotach.

Energią w ból
Chociaż z roku na rok na festiwalu więcej jest produktów i akcesoriów prozdrowotnych do samodzielnego stosowania, to nadal wśród wystawców silną grupę stanowią bioenergoterapeuci, radiesteci, kręgarze, irydolodzy i eksperci od medycyny niekonwencjonalnej. Stosowane przez nich terapie cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. Gdy medycyna tradycyjna zawodzi, ludzie szukają alternatywnych metod leczenia.

Łódzki festiwal to także okazja do spotkania z naturoterapeutami. Terapeuci ze Stowarzyszenia Bioenergoterapeutów "Mazowsze" w sobotę i niedzielę będą przyjmować chorych w jednej z sal wykładowych i tam bezpłatnie poddawać ich zabiegom bioenergoterapeutycznym. Natomiast członkowie Polskiego Cechu Radiestetów przygotują most energetyczny, czyli zbiorowy zabieg, w czasie którego nastąpi silny przekaz energii.

Festiwalowe hity
Żyworódka, ceramiczne kule piorące oraz bubuma sensu magnus, czyli przyrząd odstresowujący - to propozycje wystawców, które zapowiadają się na festiwalowe przeboje.

Pierwszy z nich to roślina tropikalna, która doskonale sprawdza się w naszych warunkach, na domowych parapetach. Jej mięsiste liście są antidotum na wiele chorób, głównie na rany, oparzenia, zadrapania.

Ceramiczne kule piorące to alternatywa dla tradycyjnego proszku do prania oraz propozycja dla tych, którzy chcą prać ekologicznie. Kule włożone do pralki zastępują 1200 prań, czyli 120 kilogramów proszku.

Dla kogo Złoty Promień
Wszyscy wystawcy, którzy zaprezentują się na XIV Festiwalu Zdrowia i Niezwykłości, biorą udział w konkursie na najlepszy oraz najciekawszy produkt, metodę lub stoisko. Spośród wszystkich uczestników wybierzemy tych, którzy zainteresują nas czymś szczególnym. Najlepsi dostaną nagrodę - Złoty Promień "Expressu Ilustrowanego".

Każdy zwiedzający, który odwiedzi Halę Expo w piątek, sobotę lub niedzielę, dostanie specjalną gazetkę festiwalową przygotowaną przez naszą redakcję. Będą w niej informacje o wystawcach i ich produktach lub metodach leczenia, które stosują, mapki stoisk rozmieszczonych na parterze i na antresoli wraz z numerami oraz godziny i tytuły wykładów, które odbywać się będą przez trzy festiwalowe dni.

XIV Festiwal Zdrowia i Niezwykłości zakończy się w niedzielę. Jego organizatorami są "Express Ilustrowany", spółka Marvel oraz Międzynarodowe Targi Łódzkie. Zapraszamy!




Chociaż irydologia to uznana dziedzina medycyny, wiele osób nadal traktuje ją jak alternatywną metodę diagnozowania chorób.


Zdjęcie aury - tajemnicze i niezwykłe - pozwala ocenić stan naszego organizmu i zaburzenia w przepływie energii.

(jed) - Express Ilustrowany

Ateizm

Hm, nie mogę nie lubić ateizmu, bo sama jestem częściowo ateistką, choć agnostycyzm byłby tu lepszym określeniem. Według mnie ateizm i pogaństwo nie stoją w sprzeczności, jeżeli tylko dany delikwent wykaże się spójną koncepcją. Otóż, dla mnie generalnie bogowie/demony/mzimu/wszelkie-inne-takie są odbiciem ludzkiej potrzeby antropomorfizacji i stworzenia pewnego spójnego symbolicznego systemu odbioru świata. Symboliczny system, w przeciwieństwie do naukowego, służy karmieniu podświadomości i uzyskiwaniu konkretnych wrażeń, które danemu delikwentowi są potrzebne (podczas gdy naukowy służy do wykrywania konkretnych praw rządzących światem). Summa summarum świat jest jeden, tylko opisywany na różnych poziomach modelu/przenośni/dokładności. Myśl ta przebłyskiwała już w starożytnym Rzymie, stąd uważam, że traktowanie religii symbolicznie jest dość naturalne dla pewnej interpretacji idei pogańskich.

W myśl religii monoteistycznych jestem w 100% ateistką, gdyż istnienie czegoś takiego jak "byt nadprzyrodzony" (czyli wychodzący poza wszelkie prawa tego świata) uznaję za wewnętrzną sprzeczność. W kwestii istnienia bytów określanych "bogami" jako istot, czujących i myślących, tutaj też mam spore wątpliwości. Raczej uważam takowe bardziej za manifestację pewnego "collective mind" (jak to się ładnie mówi po naszemu? zbiorowej świadomości?), połączonego z nazwaniem naturalnie zachodzących praw. Nie sądzę, aby różnorodność wierzeń i szybka ewolucja imion i atrybutów bogów pozwoliła na powstanie czegoś antropomorficznego na tyle ukształtowanego, aby nabrało w ogóle jakiś cech samodzielności. Póki co wszelkie realne osiągnięcia religii (czytaj: magia, cuda ) są osiągane ciężką pracą modlitewno-magiczną zwykle wielu osób, więc nie mam żadnych podstaw przypisania tego żadnemu innemu umysłowi niźli tych ludzi, co najwyżej posiłkujących się rezerwuarami jakichś naturalnych sił.

Takie widzenie świata jest dość mocno ateistyczne generalnie, aczkolwiek tylko z punktu widzenia ludzi wierzących, bo z punktu widzenia twardych ateistów jest zdecydowanie zbyt zezwalające (obie strony testowane), więc to jest takie ni-pies ni-wydra

Mój stosunek do religii generalnie jest taki, że każda religia wytwarza pewien model pojmowania świata. Im ten model jest bliższy mojemu modelowi, tym bardziej z daną religią sympatyzuję. Model monoteistyczny zakłada takie logiczne absurdy, że po prostu się nie da, a nawet po zmodyfikowaniu i przerobieniu w jakiś sensowniejszy model zoroastrański (dualistyczny na poziomie dobro-zło), to ciężko pracować na modelu dzielącym świat wg moralności, która ma to do siebie że jest okropnie zmienna w różnych czasach, miejscach i kulturach. Modele oparte na zjawiskach przyrodniczo-cywilizacyjnych (europejskie pogaństwo, hinduizm, shinto, itp.) są dla mnie bardziej naturalne i dlatego im sprzyjam - co nie oznacza, że uważam bogów tych religii za bardziej "prawdziwych" niż bogowie innych religii. Po prostu wszelacy bogowie są dla mnie odbiciem wizji swoich wyznawców na pewnym określonym (ale jeszcze nie określalnym naukowo, za kiepska aparatura) poziomie umysłowo-energetyczno-psychologicznym (nie wiem dokładnie jakim). I tutaj nie odróżniam bogów od innych postaci zbiorowej świadomości - wróżek, Św. Mikołaja, Robin Hooda czy ostatnio Harrego Pottera. Wszystkie te postacie są dla mnie równie symboliczne i realno-nierealne. Równie dobrze można się bez nich obejść i odnosić bezpośrednio do tego, co reprezentują (czyli idei, moralności, sił natury, itd.), ale wtedy wymagany jest większy poziom abstrakcji, a samo działanie nie jest tak.. ozdobne

Człowiek ma to do siebie, że uwielbia tworzyć modele, symbole i całe mnóstwo narzędzi odbioru i modyfikacji rzeczywistości. Nie widzę powodu dlaczego religia miałaby być czymś innym od matematyki, fizyki, literatury, itd. Dlaczego więc bogowie mieliby być czymś innym niż inną wersją prawa Ohma czy całki potrójnej okrężnej?

Gabriele Kuby - Harry Potter dobry czy zły ?

Witajcie

Dyskusja którą zapoczątkowałem pokazała nam forumowiczom jak różnie jest ten problem postrzegany.



O której dyskusji mówisz ? O ile pamiętam to ja wsadziłem kij w mrowisko

Oczywiście dla niektórych to nie jest problem i nie widzą w tym żadnego zagrożenia - mają do tego prawo.



Największe zagrożenie to jest wtedy jak ludzie zaczynają wyrabiać widły z igieł i wyolbrzymiać nieistniejące problemy na podstawie zasłyszanych plotek. Równie źle by było jakby ktoś potępiał w czambuł Biblię oparłszy się na przeczytaniu jej streszczenia albo prostej analizie logicznej zawartego w niej opisu stworzenia świata (z uwzględnieniem dzisiejszej wiedzy o budowie Wszechświata).
Ostatnio właśnie miałem taką sytuację w Rodzinie, mamy kuzyna bardzo religijnego, był u nas, poprosił mnie o pierwszy tom HP, zaczął czytać, jak na razie mu nie przeszkadzało. Potem pojechał zdaje się do Niepokalanowa, na uroczystości religijne, wrócił i oddał mi książkę (tj. przyniósł ją z pok. gościnnego do mojego i powiedział, że nie będzie czytał, bo mu jeden spotkany zakonnik powiedział, że książka jest BE (jak go podpytałem, to się okazało, że ów zakonnik zdaje się też nie czytał HP ale słyszał od innej osoby, że ... itd)

Ja rozumiem, że komuś może nie odpowiadać tematyka tej książki, nie wiem, forma opisu itp ale niech nie produkuje nieprawd na podstawie zasłyszeń albo jakichś streszczeń, jak to chyba zrobiła G. Kuby (przeczytanie "dzieła", której skłonił mnie do założenia tematu) sądząc z ilości błędów w cytowaniach oryginału (co jest tym dziwniejsze, że autorka jest zdaje się naukowcem socjologiem).

- nie wierzcie w zapewnienia o niewinnych zamysłach autorki, która sama powoli wyjawia coraz więcej szczegółów, których znawcy HP nawet nie przewidywali np. gejostwo Dumledore, zaś w wywiadach demonstruje swoją niechęć do kościoła,



Swoją drogą z tym gejostwem Dumbledore'a to jakaś dziwna sprawa. NIGDZIE w powieści nie ma nawet jednego dwuznacznego sformułowania, które by sugerowało, że Dumbledore się kochał w Grindelwaldzie (a nawet dociekliwa i skłonna konfabulowania reporterka powieściowa Rita Skeeter tego nie wyniuchała). Kontaktowali się ze sobą przez "całe" 3 miesiące snując plany prymatu świata czarodziejów nad całą resztą ludzkości a ich kontakt się urwał po wielkiej kłótni kiedy to zginęła przypadkowo siostra Dumbledore'a, a zaczęło się od tego, że Grindelwald użył zaklęcia dręczącego wobec jego młodszego brata).
(Mam nadzieję, że nikt nie podniesie tematu, że ona zginęła na skutek rzuconej klątwy, a nie konwencjonajnie: od noża, kastetu, stłuczonej butelki czy uderzenia głową w coś twardego jak to się dzieje w burdach w świecie realnym !!!)

Następny ich kontakt był po latach w postaci pojedynku, kiedy to Dumbledore (występujący w dobrej sprawie obrony gnębionych ludzi) pokonał Grindelwalda (który został wtedy za swoje postępki, podobne do tych Voldemorta, osadzony w twierdzy).

W różnych tekstach na ten temat, wygląda, że cały problem "odmienności" D. powstał w momencie kręcenia jakiejś sceny w filmie i do tego długo po napisaniu 6 tomu powieści.

http://stanislawem.wordpr...-dobry-czy-zly/

Pisarka została niejako zmuszona do ujawnienia orientacji seksualnej Dumbledore’a w związku z pracami nad szóstym filmem fabularnym. W scenariuszu, który otrzymała do zatwierdzenia, była scena wspominająca życie uczuciowe jednego z najpotężniejszych magów w świecie Harry’ego Pottera. Autorka przekreśliła tę scenę i napisała po prostu: „Dumbledore jest gejem”.



Czyli powstał tu jakiś skrót związany z ekranizacją tomu powieści (dla mnie te ekranizacje są nieudane, bo scenarzysta za dużo zmienia i dodaje sprawy, których nie ma w oryginale co czyni całą historię niespójną) a nie samą powieścią (w której nic nie ma na ten temat nawet w dwuznacznościach - o jego życiu uczuciowym też nic nie ma).

A z powieści wynika raczej, że nad całym zyciem Dumbledore'a wisi jego poczucie winy za śmierć siostry (bo nie wiadomo, z ręki którego z nich trzech, zginęła) i konieczność opieki nad bratem (po śmierci matki), ojciec zmarł w więzieniu za zemstę na trzech "niemagicznych" co jego kilkuletnią córkę przywiedli (nie jest powiedziane co jej zrobili ale dziecko straciło zmysły) do szaleństwa (co potem skończyło się śmiercią jego żony a matki Dumbledore'a, w trakcie ataku szaleństwa córki).

Ot taka drobna różnica tragedialna pomiędzy powieścią a scenariuszem filmu ... tyle, że to widac dopiero po przeczytaniu powieści (i to uważnym, bo jest wniej masę wątków i szczegółów porozrzucancych po 7 tomach).

Za to jest inna postać, o które można by sądzić, że była gejem.

Wuj Rona Weasleya, Bilius, o którym na weselu Billa Weasleya i Fleur Delacour powiedziano, że jak sobie podpił to
"... tańczył zakasawszy szaty i wyciągał kwiaty spod ...." (kropki są w powieści)
i w następnym zdaniu jest dwuznacznie powiedziane:
"Z jakichś powodów nigdy się nie ożenił"

Z resztą co tu rozważać ... wszystkie te postacie są wytworem wyobraźni autorki, choć same sytuacje są przetworzeniem na kanwę czarodziejską sytuacji ze świata realnego (większość opisów sytuacyjnych to jest odbicie naszego świata i jego problemów).

- nie wierzcie też w porównywanie książki-filmu do innych pozycji książkowych np. Lewisa seria o Narni, jeśli porównamy (czego raczej robić nie powinniśmy) światopogląd Pani Rowling z Lewisem i to co chciał przekazać Lewis w Narni, o której nawet księża mówią że ma charakter ewangelizujący to zrozumiemy, że HP jest po przeciwnym biegunie tego co wyznajemy na codzień, naszą wiarę w Boga, miłość, miłosierdzie...



A czy my znamy prawdziwe poglądy p. Rowlings ? Czy może tylko te, które różne tabloidy podają ?

A co do miłości, miłosierdzia itd. to o takim biegunowaniu, może pisać ktoś kto tej powieści nie przeczytał (mówię o przeczytaniu a nie przekartkowaniu). W tej powieści jest więcej miłości i miłosierdzia niż np. w tej dyspozytorce pogotowia, dla której ważniejsze było to, że nie będzie miała nic do roboty bez karetki, niż to, że jakiś dzieciak umiera i potrzebny jest szybki transport.

Ludzi wykpiwających nasze poglądy i tak nie przekonamy ale może choć zaostrzymy czyjność tych którzy są na granicy, niezdecydowanych, wątpiących - aby siebie i swoje pociechy chronili przed takimi "atrakcjami".



Tak, czujność przede wszystkim, wróg jest wszędzie, złe nie śpi, wszyscy dookoła czyhają by wydrzeć nam wiarę, panienka przy drodze sprowadzi nas na złą drogę, najlepiej: nie czytać (bo to może być np. HP tylko w innej okładce), nie myśleć (bo myśl może być zdrożna) i nie oddychać (bo miazmaty i inne prany tylko czekają)

Postać z powieści, niejaki Alastor "Szalonooki" Moody chyba był wzorowany na przedmówcy, też miał hasło "Czujność" a jak doszło co do czego to i tak mu nie pomogła i spędził rok we własnym kufrze, bo go wróg podszedł a potem jeszcze się za niego podawał !!

I nie chodzi o poglądy, bo kazdy ma inne i ma do tego prawo, ale o nie wpadanie w paranoję ani manię prześladowczą na ich tle !

A w ogóle to by było dziwne jakby ktoś odstąpił od Kościoła po przeczytaniu książki, chyba musiałby być baaaardzo wątłej wiary (szczególnie, że w książce nigdzie nikt nie nakłania do tegu typu działań, a uczniowie wyjeżdżają do domów na ferie Bożonarodzeniowe i nikt ich przed tym nie powstrzymuje).

Mamy XXI wiek - wiek technologi i ogromnego postępu jaki dokonał człowiek - ten sam człowiek poprzez swój relatywizm i wyznanie wyższości swojego JA nad Bogiem oferuje światu idee sprzeczne z chrześcijańskimi - ba sprzeczne nawet ze wszelką etyką - ilość wróżek, magów np. w Italii przebija trzykrotnie ilośc powołań kapłańskich, w Polsce ilość oficjalnie zarejestrowanych wróżek przebiła 100 tys (a ile działa nielegalnie ??), ilość powołań także spada systematycznie.



A może by się tak zastanowić, co jest źródłem takich zjawisk ? Bo samo uzasadnianie spadku zainteresowania naszym "sklepem" budową innych jest upraszczaniem tematu !

Może by się zastanowić co ludzi ciągnie w kierunku paranormaliów a jednocześnie dlaczego powołania kapłańskie przestały być atrakcyjne ??? Czego nie oferuje Kościół co oferują tamci ?

I może podjąć jakieś działania zaradcze zamiast zwalać wszystko na istnienie konkurencji ???

A poza tym jeżeli Bóg dopuszcza do takiego stanu to może jest w tym jakaś jego wola, może chce coś przez to ludzi nauczyć, sprawdzić ich, nie popadajmy w pychę, że tylko my (czy inni) wiemy (wiedzą) co Bóg ma na myśli i co od nas chce !

Mieliśmy już czasy "jedynej słusznej linii i poglądów", wielu ludzi przypłaciło to cierpieniami czy utratą życia (i nie mówię tylko o nieodległych czasach zeszłego wieku). !!

Ten sam człowiek mówi teraz, że facet z facetem może adoptować dzieci. Ten sam człowiek może wybierać pomiędzy życiem a śmiercią dla własnej wygody. Ten sam człowiek rozbija swoje rodziny. Ten sam człowiek.....



Który ten sam ? Jeden człowiek mówi wszystkim co mają robić ? Co to za urawniłowka ????

Masa ludzi jest przeciwko adopcji dzieci (w tym ja) przez pary homoseksualne, bo to jest niekorzystne dla ich rozwoju emocjonalnego (nie mówiąc już o szkodach ze strony otoczenia wytykającego ich palcami). Tak samo jest z eutanazją, rozwodami (akurat się napatrzyłem na skutki tychże, w szczególności na dzieciach, by być rozwodów przeciwnikiem).

Więc proszę nie stosować "odpowiedzialności zbiorowej" !!!

Mimo, że żyję tym XXI wieku, co do biegłości w posługiwaniu się technologiami mogę powiedzieć - stan zaawansowany - mimo, że moje poglądy dla ateistów mogą wydawać się zestarzałe, zacofane i nie na czasie - to mówię TRUDNO.



Nie dołuj się, nie jest tak źle jak by ci się wydawało. Jest bardzo dużo punktów wspólnych tyle, że większość ludzi traci większość swego życia na wynajdowaniu różnic i robieniu z nich "wideł" ale widać to już taka uroda człowieka, że chodząc po wspólnym moście wydziwia na temat koloru fragmentów asfaltu w jezdni, bo nie on je kładł

Zbyt wiele widziałem na własne oczy by bagatelizować zgubny wpływ na świadomość dzieci tego co oferuje nam HP.



A co konkretnie, może podyskutujmy na ten temat ?

Pan Robert Tekieli , Ojciec Posacki są dla mnie autorytetami w kwestiach o których była mowa na tym forum. Polecam Wam posłuchać audycji Pocieszenie i Strapienie, która była nadana 28 lipca 2008 (pojawi się pewnie niedługo do pobrania w Radiu Józef) - problem opętania istnieje realnie - to fakt.



Dla ciebie są a dla innych nie, ot pluralizm poglądów. Dziwne, że jakoś naukowcy nie próbują rozwiązać tematu, w końcu nauki różne dotyczące człowieka posunęły się do przodu od dawniejszych czasów. Jeszcze mógłbym dopuścić Ojca Posackiego ale R. Tekieli odpada, bo się ślizga po tematach a poza tym, za krótko się zajmuje tymi tematami i jako świecki, nie ma tak dostępu do ludzi (czyli do materiału) jak O. Posacki

Ja wciąż wątpię w tę "realność", zwykli lekarze często mylą się w oczywistych przypadkach chorób ogólnie znanych, a co dopiero mówić z pewnością o tego typu zjawiskach nazwanych "opętaniami", które zdarzają się (sądząc z ich ilości w mediach, które przeciez tylko czekają na takie zdarzenia z braku tematów) dość rzadko.

Zły wpływ HP na podświadomość młodego człowieka wg mnie to też fakt - tak jak i to że bohaterowie HP to w wielu przypadkach prawdziwi magowie lub mistrzowie okultyzmu. Czy możemy to lekcewarzyć - moim zdaniem nie.



Hem, hmmm "prawdziwi magowie", "mistrzowie okultyzmu" - czy ktoś tu nie zatracił granicy pomiędzy światem realnym a fikcją powieściową ?????

i nie lekceważyłbym czytania, zmniejsza ilość błędów przy pisaniu (to też produkt naszych czasów i komórek)

Pozdrawiam

Paweł

Jak to Grupa Górska zdobywała KGPGG - zebrane relacje

Witam

W 2006 roku Grupa Górska postanowiła zdobyć najwyższe szczyty gór polskich i jak na razie idzie całkiem nieźle (tak myślę ).

Poszczególnym wyjazdom poświecone są osobne tematy, tutaj jednak chciałabym zebrać same relacje z poszczególnych wyjazdów - kiedyś miło będzie powspominać

Pierwszym zdobytym przez Grupę Górską (a dokładniej niewielką jej cząstkę) szczytem, jest Ślęża. 7 stycznia 2006r. około godziny 9:00 w niewielkim składzie (Dżagietka, Jesienny Deszcz, Kasia, Jarko i Ylam) ustawiamy się do pierwszego zbiorowego zdjęcia KGPGG.
Tego samego dnia, w tym samym składzie, już przy świetle księżyca stajemy z flagą Grupy Górskiej na Śnieżce - najwyższym szczycie Karkonoszy.

Oto krótka relacja Ani (Jesienny Deszcz) z tego wyjazdu

To była jak zwykle szybka decyzja, bo jak tu zrezygnować z zimowych Karkonoszy. No i znów zobaczę część GG . Wieczorny pociąg do Wrocławia, czas mija szybko, bo w miłym towarzystwie Dżag i jarko. No i myślimy co by tu jeszcze po drodze... może Ślęża. We Wrocławiu miły wieczór u Kasi, jeszcze przyjeżdża Ylam, i krótka noc, wstajemy skoro świt (a raczej przed świtem ). Za pierwszy cel obieramy wymyśloną w pociągu Ślężę. Upychamy się do Ylamowej Ibizy i w drogę. Niby to blisko, ale wąskie dróżki przez okoliczne wioski, całe w śniegu nie sprzyjają szybkiej jeździe, no i zawsze coś się musi przydarzyć, jakieś 200 m przed przełęczą zakopujemy się w śniegu, wypychanie jakoś nie wychodzi, trzeba założyć łańcuchy, nikt wcześniej takich łańcuchów nie zakładał, więc idzie dość opornie. Oczywiście damski zespół radzi sobie lepiej . Jednak tracimy cenny czas, a przyjdzie go stracić jeszcze więcej. Z przełęczy ruszamy szybko najkrótszą drogą na Ślężę. Ale nagle tracę siły, co jest, przecież to spacer prawie po prostym... idzie mi się bardzo ciężko, po prostu dolega mi wszystko co możliwe. Idę powoli, podziwiając piękny ośnieżony las, uśpiony we mgle. Może to przez to moje lekceważenie i wcześniejsze słowa, że Ślęża to nie góry. Myślę czy iść czy nie iść, ale kurcze poddać się na Ślęży, w końcu ledwie dochodzę na górę, kupuję colę, to choć trochę kofeiny. Parę zdjęć na szczycie i w dół, idzie mi się lepiej, w końcu to w dół, mam złe przeczucia co do Śnieżki, przecież to bez porównania wyższa góra, inny wysiłek. Już pogodziłam się z tym, że doczłapię się tylko do Strzechy (mam nadzieję). Ale do Karpacza jeszcze kawał drogi, ja wykorzystuję ten czas na regenerujący sen. Przez całą drogę towarzyszą nam nisko zawieszone chmury i mgły, pogoda nie najlepsza. W Karpaczu jemy pyszny obiadek, trzeba nabrać sił. W górnym Karpaczu czeka nas najmilsza z niespodzianek, jesteśmy już ponad chmurami, świeci słońce, a nad nami błękit nieba, do tego cała okolica usłana białym puchem, dużą ilością białego puchu, jest pięknie. Przy drodze urokliwy Wang, idealnie pasuje do otaczającego go otoczenia, ośnieżonego świerkowego lasu na górskim zboczu. Kościółek uroczy, ale my musimy ruszać w dalszą drogę. Wychodzimy wyżej, las rzednie, a naszym oczom ukazują się coraz przyjemniejsze panoramki Karkonoszy. Jest niemal idealnie, ciepło, bezwietrznie, słonecznie i z dużą ilością śniegu w tle, no i ścieżka przedeptana dobrze. Gdy słońce schowało się za zbocze, gdy mrok zaczyna zwyciężać ze światłem zbliżamy się do schroniska. Ostatnie spojrzenia na zanikający w oddali Karpacz i czerwieniejące nad nim niebo i idziemy poczuć ciepło wewnątrz przyklejonego do zbocza budynku Strzechy Akademickiej. Meldowanie, krótkie przepakowywanie i w drogę – Śnieżka czeka. Nioby noc, ale tak jasno, że nie potrzebujemy czołówek, i tak, w lekkim, ale wystarczającym świetle księżyca i gwiazd, pniemy się pomału do góry by po pewnym czasie dojść do grzbietu głównego. Nad równią króluje niepodzielnie Śnieżka, królowa Karkonoszy w lśniącej koronie z gwiazd. Takie noce to rzadkość, ciepło, jasno, dość lekki wiatr i tylko nasza piątka rozkoszująca się tą wyjątkowością. Po obu stronach widać w dole rozświetlone miasta, czy to po polskiej czy czeskiej stronie wyglądają tak samo, ‘góry nie mają granic’. Mijamy Śląski Dom, oszroniony i uśpiony i rozpoczynamy mozolne, dobrze że krótkie podejście do celu. Drogę wyznaczają łańcuchy po jednej lub obu stronach ścieżki, całe oblepione bryłami śniegu przyjmującymi ciekawe formy stworzone przez wiatr. A wiatr zaczyna nam towarzyszyć i to coraz silniejszy, bo na tej górze chyba zawsze wieje, przynajmniej w zimie . Idę powoli, sił nie za wiele, odczuwam jeszcze pozostałości po porannym spadku formy. Ale szczyt zdobywam co daje mi dużo radości i satysfakcji. Liczne smsy z pozdrowieniami, próby uwiecznienia momentu szczytowania z flagą, powiedzmy że udane i czas schodzić, w takim wietrze nie można za długo się nie ruszać. Schodzimy i zbiegamy (zależnie od osoby i momentu) z powrotem do równi. Tym razem dla odmiany wybieramy drogę przez Kopę, może troszkę dłuższą. Schronisko wita nas swoim ciepłem, coś tam jemy, coś pijemy, wieczorne rozmowy, na koniec gorący prysznic i czas na znów krótki sen. Z Kasią wstajemy przed 5, przy wieczornych rozmowach zrodził się pomysł podziwiania wschodu słońca na Śnieżce. Szybkie ubieranie, pakowanie i w drogę. Nad ranem księżyca już brak, więc przyświecamy sobie drogę sztucznym światłem naszych czołówek i pomału idziemy w stronę Śnieżki, ciągle wydaje mi się że to za wcześnie, ale nie chcemy się też spóźnić. Gdy w mroku nocy dochodzimy znów do Śląskiego Domu wieje coraz mocniej, chowamy się za budynkiem, prawie przyklejamy do oszronionej ściany i ubieramy wszystko co jeszcze się da, wiatr mocno wychładza, poza tym czekamy, bo jeszcze ciemno. Gdy powoli horyzont rozjaśnia się ruszamy ku szczytowi. Jest pięknie, spektakl barw przed wschodem słońca, ośnieżona kapliczka jakże urocza, odbijające się światło jaśniejącego nieba w oknach... Wiatr jest porywisty, zrobienie zdjęcia graniczy z cudem, ręce kostnieją w momencie, nie ma się gdzie schować, ten wiatr po prostu jest wszędzie. Jest coraz jaśniej, coraz piękniej, ale też coraz później, minęła już godzina umówionego spotkania z resztą grupy na grani, a tu jak słońca nie było tak nie ma, decydujemy się na odwrót, czas i wiatr wygrywają, może troszkę żal, ale nie żałujemy niczego, w końcu było tak pięknie. Jest pięknie nadal, słońce gdzieś tam już wstało i oświetla przeciwległe stoki, śnieg wcale już nie jest biały, nabrał koloru. Ośnieżona równia, ośnieżone kotły i śniegowe fantazyjne formy, szron na tyczkach, obraz pięknej górskiej zimy pod błękitnym niebem. No i ciągle towarzyszy nam ten wiatr, jakże górski, może uciążliwy, ale przynoszący poczucie wolności (odczucie pewnie mocno subiektywne ). Naokoło śnieżna równina, pustka, tylko szczyt Śnieżki wyrasta ponad wszystko za naszymi plecami. Koło Słonecznika, jakże bardziej robiącego wrażenie o tej porze roku, skręcamy kierując się w dół do kolejnych form skalnych – Pielgrzymów. Podmuchy wiatru unoszą drobinki śniegu, śnieg jest sypki i suchy, głęboki, miękko można zbiegać w dół. Pojawiają się pierwsze drzewa, ale prawie cała zieleń skrywa się pod białym płaszczem. Wydeptana ścieżka kluczy wśród skał, po czym wyprowadza na polanę, gdzie spotykamy znaną nam już z wczoraj drogę, tym razem wybieramy przeciwny kierunek, w stronę Karpacza, znów uroczy Wang, znów pyszny obiadek, znów Ylamowa Ibiza i mkniemy ku Bielsku – Białej, by zrobić niespodziankę Piotrowi, ale to już inna historia....



Dwa tygodnie później GG wybrała się w Góry Izerskie w składzie jeszcze mniejszym niż poprzednio (Antenka, Bad_Sid i Kasia). Mieliśmy w planie zdobycie Wysokiej Kopy w Górach Izerskich, jednak pogoda czasem płata figle i trzeba było troszkę zmienić plan. Szczytu nie udało się zdobyć, co nie znaczy, że wycieczka była nieudana. Wręcz przeciwnie A Wysoką Kopę zdobędziemy jesienią (może wtedy będzie więcej chętnych... . Kto wie... ?)

Tak oto Antenka napisała o wycieczce w Góry Izerskie

MOJE WSPOMNIENIA Z GÓR IZERSKICH......

Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe na Śnieżkę, a tu już kolejny wyjazd....w Góry Izerskie! Skład grupy był skromny, ale mocny: Kasia, ja –Antenka i Bad. Spotkanie grupy przypadło na Wrocław. Kasia odebrała nas z dworca, a ponieważ była jeszcze wczesna pora, postanowiliśmy jeszcze pozwiedzać Wrocław nocą. Warzone piwo w knajpce „Spiż” było wyśmienite! Rozmowom nie było końca, mieliśmy sobie tyle do powiedzenia, jakbyśmy się znali lata i nie widzieli kilka miesięcy.....
Wcześnie rano wyruszyliśmy z Wrocławia do Jeleniej Góry, a stamtąd do Szklarskiej Poręby. Jadąc, podziwialiśmy wschód słońca nad górami i troszkę podśmiewaliśmy się, że mantkowa pogoda(na nasze szczęście ) chyba nie sprawdzi się. Niestety, nasza radość była przedwczesna....Im bliżej byliśmy Szklarskiej Poręby, tym bardziej padało. Śnieg padał mokry i gęsty, ograniczając widoczność do kilku metrów. I w tym momencie pogoda po raz pierwszy zweryfikowała nasze plany: zrezygnowaliśmy ze zdobycia Wysokiej Kopy od strony Szklarskiej Poręby . W południe wsiedliśmy w autobus, który miał nas zawieźć do Świeradowia Zdroju. Mieliśmy niedosyt gór i już po drodze planowalismy wyskok ze schroniska na Smreka. Niestety, autobus ze względu na ciężkie warunki atmosferyczne jechał do Świeradowia ponad dwie godziny!!!! Gdy już dotarliśmy do miasta, to juz był wieczór . Zjedliśmy późny obiadek, żeby nabrać sił i ruszyliśmy na szlak w kierunku schroniska. Zapadał zmrok, a przyroda wokół nas roztaczała cudownie tajemnicze widoki. Śnieg przestał padać, zrobiło się ciepło i przyjemnie cicho. Szlak wyznaczały ślady kół samochodu, który zmierzał w kierunku schroniska, drzewa były tak oszronione, że nie widać było na nich oznakowania. W miarę jak wznosiliśmy się wyżej, zaczął sypać śnieg i wzmagać się wiatr, który powodował zamiecie i zawieje. Ślady kół też w pewnym momencie zniknęły. W tej sytuacji musieliśmy się zdać na własną intuicję... Zmęczeni i spragnieni w końcu ujrzeliśmy światełka w oddali . Poczuliśmy ogromna ulgę, że już jesteśmy na miejscu. Dojście do schroniska zajęło nam ponad trzy godziny, ale nic to, już jesteśmy!!!! Oczom naszym ukazało się schronisko, całe otulone śniegiem. Oprócz świateł na zewnątrz, nigdzie się nie świeciło....Drzwi zamknięte i żywej duszy!!! Hm, trochę nas to zaniepokoiło, ba, powiem więcej, zagotowało w nas..... „ No cóż-pomyśleliśmy- trzeba się napić herbaty, zjeść coś i schodzić na dół...” Ale Bad, roztropny chłop wymacał na ścianie dzwonek ( nie zauważyliśmy go wcześniej, gdyż był zupełnie zasypany śniegiem..). Udało się!!! Humory od razu nam się poprawiły . W schronisku było tylko trzech turystów - czyli my . Wzmocniliśmy się troszkę balsamem i oczywiście powtórka długich dyskusji, rozmów i śmiechu. Rano wstaliśmy bardzo wcześnie. Postanowiliśmy zdobyć Wysoką Kopę z drugiej strony. Wyszliśmy ze schroniska i oczom naszym ukazał się widok, który nie sposób przelać na papier...pozostanie na długo w mojej pamięci.. Ech, przyrodo, ależ nam się wystroiłaś! Niebo błękitne, najcudowniejszym kolorem błękitu, śnieg mieniący się milionem kolorów, wszystkie drzewa wystrojone w białe stroje i siarczysty mróz , który szczypał nas w policzki.
Aż chciałoby się zaśpiewać:
„Kocham Cię, Zimo, zimowa prostoto myślenia,
Piękna i naga jak prawda jest rzeźba terenu.
Żadnych rozstajów dróg, krętych wątpliwości,
Skośną płaszczyzną dobrnę do Ciebie najprościej.

Cicho zapadam w międzypienne przestrzenie,
W śniegi dziewicze ucieczka, lot zapomnienia.
Z falą wdzięczności frunę na białe morze,
Na fale dolin ze zmierzchem się położę.

Proste dziś są me bezdroża i drogi krzywe,
W szlak oczywisty wiodą nad czasu igliwiem.
Z pozapętlanej logiki jeszcze się wywikłam,
Nim znów utonie w zdarzeniach ścieżka niezwykła. „

Wyruszyliśmy na szlak. Inaczej, zaczęliśmy zmagania ze śniegiem . Żadnych tyczek, żadnego oznakowania, które ułatwiłoby nam wędrówkę. Ale nie dawaliśmy za wygraną i brnęliśmy w śniegu raz po kolana, raz po pas, , najgorzej miał Bad , on się prawie bez przerwy zapadał. . Czasem po prostu szliśmy na kolanach , tak było łatwiej...Po trzech godzinach morderczej wędrówki, podjęliśmy decyzje o odwrocie. Mgła zaczęła podnosić się z doliny i stwierdziliśmy, że wędrówka w takiej sytuacji może stać się niebezpieczna i do Szklarskiej Poręby doszlibyśmy późną nocą. Nie była to łatwa dla nas decyzja, ale nawet do takich gór należy podejść z pokorą.... .Na pocieszenie wypiliśmy po grzańcu w schronisku i z piosenką na ustach ruszyliśmy do Świeradowia. Kasia zajęła się fotografowaniem cudnych krajobrazów, a ja z Badem zrobiliśmy powtórkę z piosenek ze śpiewnika GG. Jeszcze kilka chwil w Świeradowie, kilka w Jeleniej Górze i powoli kończyła się nasza przygoda z górami...Pomimo, że grupa była nieliczna, wyjazd był cudowny!!! Pozwolił nam się bardziej poznać . Kasiu, Bad dziękuję za wspaniałe chwile, jakie razem spędziliśmy.
_________________
Góry moje, wierchy moje,
otwórzcie swe ramiona...



Kolejnym wyjazdem był wyjazd w Gorce. Tym razem chętnych było znacznie więcej. W piątek (3 lutego br.) wieczorem w schronisku „Na Starych Wierchach” siedzimy w składzie: Aga, Antenka, Bubamara, Dżagietka, Jesienny Deszcz, Kasia, Bad_Sid, Jarko, Mantek i Radyjko. W sobotę rano dołącza na nas jeszcze Mpie i tego samego dnia wszyscy razem stajemy na Turbaczu.

Tym razem o wycieczce napisała Bubamara:

Na tej wyprawie nie było zaliczania kilometrów szlaków, ale i taki był jej cel
„być z Grupą w górach i mieć czas dla Grupy”.

Będzie to troszkę inny styl wspomnień jak u moich poprzedniczek a to z kilku powodów...
a) Nowicjuszka na szlaku z Grupą Górską „e –tatry”.
b)...x
c)...xx

Turbacz...kolejny szczyt z Korony Gór Polskich. Nigdy nie byłam tam zimą, więc ogromna ciekawość, jak to tam wygląda.

Rozmowy z Grupą Górską tylko w sieci ,zaczęły mi nie wystarczać...silniejsza była chęć poznania ich na szlaku ale i ogromny stres wyłaniający się z myśli...czy mnie zaakceptują, czy dorównam im w tempie wyjścia bo jednak różnica w sile...czy...czy...dziesiątki pytań kłębiły się w głowie.

Moje życie jednak zaczyna tracić sens, kiedy się zatrzymuję w miejscu, no to i bez sensu – zaczynam więc „przygotowania” w momencie ogłoszenia terminu i miejsca.

Im bliżej – tym gorzej...ale nie poddaję się swoim głupim myślom.

Ta wyprawa zaplanowana była z dojściem „na raty”, a miejsce spotkania całej Grupy – piątek wieczorem w schronisku na Starych Wierchach.

Zaczynam rozpytywać, kto planuje wyjazd w piątek rano...cisza, cisza, cisza...
Trudno – idę sama, przecież nie pierwszy raz, to dlaczego nie? Dojdę. W nocy nie lubię chodzić a i dnia mi szkoda.
Sytuacja się rozwiązuje...Radyjko może być w Krakowie rano, więc uzgadniamy godzinę wyjazdu. Plan jednak troszkę zmieniony.
Mamy dotrzeć do Antenki, gdzie już oczekuje na nas Mantek. W Skomielnej odebrani jesteśmy przez „gospodarzy”.
Pierwsze moje spotkanie z Mantkiem, bo Antenkę już znam.

Oczekujemy teraz na przyjazd Bada, Jesiennego Deszczu i Kasi. Czas oczekiwania szybko biegnie. Wypełniony jest wspomnieniami Radyjka z wyprawy w Alpy, oglądaniem zdjęć i rozmowami...rozmowami...
Około 14.00 dojeżdżają. Powitania, uściski.
Moje „stresy” wzrastają – przecież nie znam ich...Oczywiście mylę JD z Kasią i długo to „mylenie” mnie trzyma. Bad jakiś „inny” jak na fotce...

Tu następuje pierwsze zaskoczenie dla mnie, ale jakże sympatyczne! Otrzymuję od Grupy najnowsze, uzupełnione wydanie naszego „Śpiewnika Grupowego” – edycja II.
Czekamy jeszcze na świeży chlebuś od mamy Antenki, bo do smalcu taki właśnie ma być!!

Około 15.00 wyruszamy na przystanek PKS –u.
Stanie czy nie stanie??? Oczywiście autobus, na machanie ręką, bo przystanek ten to klasa B.
Stanął, więc wcisnęliśmy się z tobołami. Nie szkodzi,że bilety trzeba było kupić do Nowego Targu – ważne ,że nam „stanie” na Rdzawce II, bo to jakby nie „po drodze” było.

Jest już około 17.00 to i ciemno się robi...wokoło.
W moje myśli znowu zakrada się ten „zły”...jak ja pójdę po ciemku?? Latarki nie mam...idę wolno...będę „hamulcem”...
Ale nic to – niech się dzieje co się chce.

Wokół jest cudnie – bielutki śnieg, księżyc zaczyna wypływać na niebo, jest w miarę ciepło i ten rządek złożony z 7 osób całkiem sobie obcych a tak bardzo sobie bliskich tu na szlaku.

Oczywiście opóźniam im marsz i wcale z tym dobrze się nie czuję – tzw. wyrzuty sumienia mam...
Kroku mi dotrzymuje Radyjko, chociaż wyczuwam,że denerwuje go to, bo nic „nie nadaje”, ale trudno...
Nie myślcie, że reszta Grupy nas zostawiła. Co jakiś czas oczekiwali na nas chyba „symulując chęć odpoczynku”, i to jest jeden z jakże ważnych elementów wędrówki w grupie – nie dać odczuć maruderowi,że marudzi...
Antenka wypożyczyła mi swoją czołówkę i był to kolejny zaskakujący moment.
Kiedy Radyjko mnie doholowal do bazy, Grupa już się rozlokowała.
To nie ja byłam tak powolna, ale ONI tacy szybcy.

Gdybym tu nie napisała, że usiedliśmy teraz przy piwie, to bym skłamała.
Pijemy piwko i testujemy nasz „Śpiewnik”. Jakby kto pytał – kto nie śpiewał? – to takiego nie było! Wszystkie...no prawie wszystkie piosenki przećwiczone. Gitary brak...nie szkodzi...i ta kiedyś będzie...
Śpiewająco oczekujemy na Jarka (trojga imion czyli jeszcze Admina i Szefa) oraz Agatkę i Dżagietkę.
Docierają późno wieczorem i kolejne dla mnie zaskoczenie a zarazem największe na tej wyprawie. Wraz z nimi „wchodzi” tort urodzinowy od Grupy Górskiej. „Rzuca” mnie to na kolana...i naprawdę NIC NIE PAMIĘTAM co działo się dalej. Były życzenia, krojenie torta i amnezja...totalna amnezja. Wiem,że zostawiłam kawałki dla tych co mieli dojść rano w sobotę. Czy wy wiecie ,że z wrażenia nie zjadłam mojego kawałka??? Zorientowałam się dopiero rano. Myślę,że oglądając zdjęcia powróci mi „pamięć”.

Do późnej nocy były rozmowy, śpiew. Schronisko na Starych Wierchach ma „klimat” i miłych gospodarzy.

Sobota rano – oczekiwanie na kolejną pod-grupkę.
Miało być dwie osoby – jest jedna, ale jakże ważna jest ta jedna osoba! Chciała przejść szlak razem z nami i nieważne było, że z dość daleka.
Był to również „nowicjusz” jak i ja - Mpie z Nowego Sącza,
Pakowanie, wspólna fotografia i w trasę na Turbacz.

Pogoda nie najpiękniejsza, panoramek prawie żadnych.
Szlak dobrze przygotowany przez ratraki. Idzie się przyjemnie.

„Opiekę” nade mną przejmuje Jarko i nie mogę żadnym sposobem się go „pozbyć” zza moich pleców. Zawsze to ja byłam na „zamku”, a teraz ktoś mi zostaje na tyłach...dziwne to uczucie. Nie wiem czy go „wykończyłam” czy nie, ale z pomocą przyszła mu Dżagietka. Prawdą jest,że dobry organizator wycieczki nie pozwoli nikomu zostać za ...jego plecami!!!
Grupa poszła swoim tempem. Tu następuje kolejna niespodzianka i zresztą bardzo miła. Do akcji „holowniczej” wkroczył Radyjko, który wrócił ze szczytu i zapakował mój niedopasowany plecak na swoje bary. Tym to sposobem szybciej znalazłam się w schronisku.

Grupa już oczekiwała na wspólne wejście na szczyt Turbacza.
To jeszcze tylko trzeba było się wrzucic do pokoju.
Numer mi podano, więc się wrzucam tam...pokój 12 osobowy czyli dla naszej grupy. O ranyyyy...ja już odzwyczajona od takich „luksusów” a tu jeszcze koedukacja! Koniec ze mną...

Nie ma czasu na myślenie, bo czekają na mnie a ja nie bardzo kontaktuję ...po co? Dociera wreszcie do mnie,że przecież idziemy „szczytować” – ot durnota jedna jestem!
Wszyscy czekają a Jarko w drzwiach naszej izby ze stoickim spokojem i uśmiechem na twarzy zapytuje mnie: idziesz Basiu na szczyt?
Hmmm - przecież dopiero stamtąd zeszlam
Dostałam "napędu"

Moje odczucia z momentu wspólnego wejścia na ten szczycik, bo to przecież nie porażająca góra, były dość dziwne. Tego nie da się wyrazić słowami bo to zostaje gdzieś głęboko w duszy.

Wieczór szybko nadchodzi. Już przyzwyczaiłam się do tej „wspólnoty” – ona chyba do mnie też...

Kolacja na wspólnym stole – czytaj: dwóch ławach na środku izby.

Już poźno, a nam się jeszcze nie chce spać...nie, nie ...czerwonego wina nie było! Jak w treści tej piosenki.

Część Grupy wyrusza na szlak okrężny wokół szczytu. Nie byłam, nie wiem...co tam się działo, ale dziwnie ośnieżeni wrócili...chyba lepili bałwany?
Jeszcze trafiło nam się spotkanie z inną grupą górską noclegującą za ścianą. Dwa śpiewniki na dwa śpiewniki – 11 głosów na 12 głosów (część już uśpionych),ale nas było więcej!!!

„ Od Turbacza wieje wiatr, niesie nam tę wieść
że tej nocy szczyty gór pokrył biały śnieg”...

A tu...

„Już księżyc blednie na niebie
i promień słońca już błyska
pogasły „światełka” w Hawiarskiej Kolibie
do snu kładzie się cała izba”...

Jeszcze nie wszyscy zasnęli, a nasze „skowronki” wyruszają na polowanie wschodzącego słońca.

Rano...czas do domu czas...
Zbliża się rozstanie...
Wspólne śniadanko, obowiązkowe zdjęcie – ujęcie i czas na uściski.

Część Grupy wraca przez Maciejową do Rabki a część do Nowego Targu.

Mnie po drodze Nowy Targ.
„Maciejowcy” jeszcze odkryli po drodze bacówkę – harcówkę „Bene” i oczywiście kolejne plany im wpadły do głowy.
Nic to,że brodzili w śniegu po pas, bo szlak im zasypało...

Moja część grupy miło schodziła po przetartym szlaku.
W Nowym Targu pożegnaliśmy Mpie.
Jakie były jego wrażenia jako nowicjusza na szlaku z GG ,to może sam kiedyś opisze.

Powrót do Krakowa dość wczesny, ale to dla „bezpieczeństwa”,żeby nie trzeba było szukać noclegu w Nowym Targu...

Ekspresowe pożegnanie Radyjka, bo pechowo jakoś autobus już oczekiwał w jego kierunku.
Kolejne rozstanie z Agatką , potem ja i Dżagietka .

Kapitan tego „okrętu” opuścił „pokład” jako ostatni.
Jako pierwszy jednak zameldował się na „czacie górskim”!
I TO JEST WŁAŚNIE TO „COŚ”, co zatrzymało mnie tu na dłużej.

Z tej opowieści może ktoś wyciągnąć wnioski, że jestem ostatnia „łajza szlakowa” – mnie to nie przeszkadza bo i tak do wytyczonego celu dochodzę.

Zaczęłam tym sposobem nowe życie na szlaku, pozbyłam się balastu bezpośredniej odpowiedzialności za innych i jest pięknie.
Wreszcie mogę spokojnie chłonąć urok gór a jednocześnie być blisko ludzi- ludzi realnych a nie tylko wirtualnych.



Dwa tygodnie minęły i Grupa Górska znów zbiera się, by zdobyć kolejny szczyt. Tym razem wybraliśmy się w Góry Stołowe, a celem był Szczeliniec Wielki. 18 lutego w promieniach słońca wśród mieniącego śniegu do zdjęcia grupowego ustawiają się: @nia, Bubamara, Jesienny Deszcz, Kasia, Bad_Sid, Foka, Jarko, Sławek i Zbyszek.

@nia była pierwszy raz z Grupą Górską i tak oto napisała o wyjeździe. Swoim opisem wzbudziła różne reakcje , ale opis był ciekawy

W drodze powrotnej padła propozycja, żebym, jako osoba, która po raz pierwszy wyjechała z GG, również napisała swoje wspomnienia. Kasia dodała, że ma być szczerze, więc... bardzo proszę:
Przygotowując się do wyjazdu próbuję nie wyobrażać sobie, jak będzie, z kim przyjdzie mi spędzić weekend. Cieszę się, że poznam wspaniałych (tak do tej pory wszyscy uważali) ludzi i pobędę trochę w górach. Pytam na priw’ie Fokę, czy mogłabym zabrać się z nim z Łodzi, bardzo długo się zastanawia. Muszę wypełnić ankietę z ogromną ilością bzdurnych pytań typu: „czy pijesz piwo podczas jazdy samochodem” albo: „ile średnio razy na 100 km korzystasz w drodze z toalety”. Cóż mam robić, wypełniam pokornie i wysyłam. W końcu zgadza się i nakazuje stawić w Łodzi o 17.28.Jestem punktualnie, ale czeka na mnie….. nie, nie Foka, tylko pokaźny tłumek dworcowych kloszardów. Myślę sobie: „poczekam chwilę” może się zjawi. Oglądam sobie gazety na wystawach kiosków, a koło mnie plącze się jakiś młody człowiek i jak ja w prawo, to on też, jak ja w lewo-on za mną. Zaczynam się naprawdę bać, bo myślę że to jakiś kieszonkowiec I wtedy dzwoni Jakub. Idę w kierunku przez niego wskazanym a „kieszonkowiec” za mną. Okazuje się, że to nikt inny, tylko Sławek. Hmmm mógł mnie po prostu zapytać, czy ja to ja, a nie się tak czaić…. Bo ja nie wiedziałam, że on ma tez czekać na dworcu. W końcu wyjeżdżamy. Nie będę się rozwlekać, jak bardzo dłużyła mi się ta podróż, okropna muzyka, przy której nie dało się normalnie rozmawiać, ale może to i lepiej, bo I tak nie byłoby o czym. We Wrocławiu zabieramy Kasię i Jesiennego Deszcza. „Mają bardzo miłe twarze” – myślę z nadzieją, ale jakże jest ona płonna.

Na miejsce dojeżdżamy jakoś chyba ok 1-szej w nocy. Wtedy też poznaję Bad Sida – Pomijając fakt, że nie ufam ludziom, którzy w japonkach biegają po śniegu cała „reszta” wydaje się być w porządku. Jak tylko przekraczamy próg domku, Kasia bierze JD za rękę, pędzą na górę i zamykają się w pokoju. Pukam i nieśmiało pytam czy mogę spać z nimi. Bez przekonania kiwają głowami. Potem wychodzą….. gdzieś. Wracając spod prysznica słyszę jakiś hałas w drugim pokoju , tym, który zajęli panowie .Wchodzę a tam………. „tańce,hulanki,swawole. Cichutko idę spać „mamusiu zabierz mnie stąd”- myślę przed zaśnięciem. Śni mi się,że Foka ze Sławkiem mnie duszą…….

Rano budzi mnie …..ryk. Przyjechali: Bubamara,Jarko i Zbyszek. Krótkie przywitanie i krzyk Jarka: „no leniuchy,a gdzie kawa i śniadanie dla nas??? Raz,raz,raz wychodzimy, bo nie ma czasu”. Idziemy a raczej biegniemy na szlak…. Cóż to jest za koszmar. Jarko, który podobno zawsze idzie ostatni wbiega na górę kilkanaście metrów przed nami. Reszta też biegiem pędzi podziwiać widoki, a ja na końcu…ziajana,zdyszana. Wchodzę na szczyt, CO ZA WIDOKI!!!!!!!!Od razu mi lepiej) Bad nalewa herbatkę z termosu. „Marze o herbatce” myślę. „Mogę odrobinkę?” pytam nieśmiało. Bez odpowiedzi. Wypija ,zakręca termos i jakby nigdy nic mówi cos do Bubamary. Potem JD wyjmuje czekoladę. Jak myślicie? Podzieliła się????????? A ja tak uwielbiam czekoladę!!!!! Szybka fotka I idziemy dalej. Najpierw miały być „błędne” ale „szef” patrzy na mnie i mówi z politowaniem: „@nia nie da rady, obejrzymy Fort Karola i wracamy”. Na nic zdają się być moje sprzeciwy, że nic mi nie jest, że mam jeszcze dużo siły. Forty są, owszem ciekawe, tylko, jak na forty przystało, gdzieś się „ukryły”. JD dzielnie rusza w ich poszukiwaniu no to ja za nią, „Ania, poczekaj, krzyczę”. „szkoda czasu, zbyt się wleczesz” słyszę. W końcu znajdujemy . Teraz Foka wyjmuje termosik, tylko przełykam ślinkę, już nawet nie proszę o łyka. „Kurdę, dlaczego nie wzięłam termosu”
W końcu wracamy, szybki obiad w lokalnej knajpce i do „domku”, pożeganie ze Zbyszkiem, jedynym „normalnym” uczestnikiem wycieczki. Prysznic dla zebrania sił, dobrze że chociaż jest gorąca woda – moje łzy płyną strumieniem tak silnym jak strumień wody ze „słuchawki”. Z ciężkim sercem idę na górę. A wszyscy już schodzą na dół, do sali kominkowej. Nie wiem,czy iść, czy raczej zostać…. „One kozie death” myślę.
Idę. Bubamara z wypiekami na twarzy rozmawia z jakimś turystą odradzając mu wstąpienie na forum. Mówi,że to grupa „elitarna”, tylko dla orłów, że trzeba naprawdę zasłużyć, żeby móc zostać zaakceptowanym. Jarko z niemniejszym zapałem zachwala wszystko,co krakowskie (potem się jednak okazało, że „piątki warszawskie” są lepsze od krakowskich). Pojawił się jeszcze jeden uczestnik – Ylam. Ponieważ jakoś tak wyszło, że nie było dla niego wolnego łóżka, całą noc błąkał się po domu i smęcił….. a rano zrobił nam pobudkę I zarządził ponowne zdobywanie Szczelińca(no bo on przecież nie mógł przyjechać wcześniej). Cóż było robić…..

Po śniadaniu pojechaliśmy do Kłodzka zwiedzać Twierdzę. Ktoś wpadł na pomysł, że można by się pobawić w chowanego w tych murach i…… jak pomyśleli, tak zrobili……..
Co to był za horror. Brudna, podrapana i posiniaczona wyczołgałam się w końcu z labiryntu grubych murów. Czekałam, aż Foka w końcu powie magiczne słowo „czas na nas” i jak już się doczekałam, to byłam tak bardzo szczęśliwa, że miałam ochotę go uściskać, ale Wtedy Jarko zadecydował, że jeszcze musimy zrobić fotę na mostku. Jakąś godzinę zajęło nam znalezienie tegoż i ustawienie się w odpowiedniej „pozie”. W końcu nadeszła tak długo wyczekiwana przeze mnie chwila. Oschły uścisk rąk. Zapytałam cos o Śnieżnik, ale usłyszałam tylko, że raczej chyba nie powinnam jechać, bo I tak nie będzie nikogo z wawy więc po co mam się telepać do nich. No I to chyba lepiej. W sumie I tak nie miałam już chyba ochoty na spotkanie……

Mam nadzieję, że nie uraziłam, nikogo tym, co napisałam, ani nikt nie zniechęcił się do wędrowania z GG, jeśli tak się stało to serdecznie przepraszam i gorąco zapewniam, że było dokładnie ODWROTNIE. Poznałam przemiłych ludzi, przez cały czas czułam się swobodnie i bezpiecznie. Nie mam talentu do pisania "serio", bardzo lubię czytać wspomnienia JD, stąd pomysł nieco "odmiennego" przekazania wrażeń- coś na kształt kontrastu. Poznałam Was na tyle,że mogę śmiało "podejrzewać" o poczucie humoru i oczywiście nie pomyliłam się Jesli ktoś, czytając tego posta, się uśmiechnął, jest mi tym bardziej miło, bo ja uśmiecham się wciąż na wspomnienie tego weekendu. Pozdrawiam



Natomiast Bubamara tak opisała ten wyjazd:

Kolejny szczyt z kolekcji Korony Gór Polskich i kolejne spotkanie Grupy Górskiej na szlaku.
Jak zwykle do „celu” dojeżdżaliśmy w różnych odstępach czasu i z różnych zakątków kraju.
Jako pierwszy, do bazy czyli „Domku w lesie” pod Szczelińcem dotarł Bad –Sid.
W okresie zimowym na trasie do Karłowa nie ma żadnej komunikacji państwowej z Kudowy czy też Kłodzka, więc zostaje wędrówka piesza lub „szczęście” na złapanie tzw. okazji. Bad szczęścia nie miał, ale w zamian miał przyjemność wędrówki szosą z Kudowy - piękną zaśnieżoną szosą, wijącą się pośród lasów. To tylko 14 km.
W nocy dojechała „zbiorówka”, czyli Foka z Łodzi, @nia z Warszawy, Sławek z Pabianic, Kasia z Wrocławia i Jesienny Deszcz z Łaz k. Zawiercia ale zakotwiczony na moment we Wrocławiu.
Jakże to miłe, że Foka pozbierał to towarzystwo i o nikim nie zapomniał po drodze.
Noc spędzili na długich Polaków rozmowach – na sen zostało im niewiele czasu.
Jako ostatni dotarliśmy my, czyli Jarko i ja – z Krakowa.
Podróż PKP – bilet turystyczny czyli „tani” – przesiadka we Wrocławiu.
Do Kłodzka dojechaliśmy o 6.00 i tu czekał na nas niezawodny Zbyszek.
Nie musiał...ale chciał. Dzięki tej koleżeńskiej pomocy zaoszczędziliśmy czas jak i siłę ( w moim przypadku), bo nie bardzo sobie wyobrażam o której godzinie doczołgałabym się do Karłowa, nie mówiąc już, że Jarko by chyba nie strawił mojego towarzystwa...
Postać „Zbyszka”...
Nie dane mi było wcześniej go poznać, ale z tego co wiem, był jednym z pierwszych forumowiczów (z „numerem” 34). Można by go nazwać „ojcem” tego forum, ponieważ jego to pomysł był, jego dążenie do tego co mamy dziś.
Udało się dzięki współpracy i zaangażowaniu wielu innych ludzi. Nie wiem natomiast, dlaczego jakoś tak...nas opuścił na długi czas...
Mam nadzieję, że „wróci”. Jest tutaj potrzebny.

Sobota, godz. 7.00 – „domek” śpi...
O nieeeeeee...drzwi zamknięte, obiecana kawa dla Jarka nie paruje....
Pobudka – serdeczne powitanie...każdy z każdym...
Poznaję @nię, Sławka, Fokę.
No jasne...znowu mnie wrzucili w izbę koedukacyjną...zaczynam to nawet lubić.
Żadnych zmian!!! Tylko koedukacyjna!!!pomimo wietrzenia izby przez całą noc.

9.00 wyruszamy na szlak.
Pięknie przetarty, chociaż troszkę ślisko. Pogoda cudna. Niebo błękitne – na nim sloneczko i te „kamienie” w śnieżnych okryciach przed oczami. Wyobraźnia zaczyna działać.
Bywam często „zaskakiwana” na tych wyprawach...
Kasia wyciąga swoje „raczki” i zakłada na moje buty. Jarko niesie w swoim plecaku moje małe co nieco...Ktoś dźwiga termos z herbatą dla innych... Czyż to nie jest piękne? Cóż mogę więcej powiedzieć???
Krętą ścieżką dochodzimy do szczytu. Budynek schroniska w remoncie. Oglądamy panoramę z platformy widokowej pod schroniskiem. Pamiątkowe zdjęcie GG i dalej w drogę.
Zaczyna się bajkowy krajobraz, więc nie będę dokładnie opisywać, bo każdy z nas inaczej tą „bajkę” czyta.
Skalne labirynty robią wrażenie. Warstwa śniegu miejscami bardzo wysoka, więc czasem należy w pozycji poziomej pokonać teren.
Zejście miejscami przypomina tor saneczkowy, więc kto lubi...to jedzie w pozycji „siad płaski”.
W południe pożegnanie Zbyszka – no cóż...praca wzywa go.
My podążamy w kierunku Błędnych Skał. Odcinek 4 km drogą jezdną.
Przy parkingu „narada”. Do wejścia na teren rezerwatu ścisłego ok. 2 godz. Przejście po rezerwacie niemożliwe bez saperki...(informacje od schodzących).
Po przeanalizowaniu „za i przeciw”...ruszamy do odwrotu. Część grupy skręca w poszukiwaniu Fortu Karola.
Znaleźli...”forcik” , chociaż inaczej go sobie wyobrażali.
Wieczór...
Wchodzę do tej „koedukacji”...i jakiś młodzian w „łaciatym mundurku” wita się ze mną i zapytuje czy GO poznaję?? Moje myśli krążą... wracają do wcześniejszego „etapu”...i nic...Nie poznaję.

A to YLAM dotarł!!! Zrobił te 14 km na butach, nie mówiąc już o wcześniejszej podróży. Czy należy coś jeszcze dodawać???
Kolacja w przyjemnej „stołówce”...z klimatem i długie rozmowy, plany, pomysły...
Warunki w noclegowni skromne, ale jakże ”bogata” ta cała reszta, czyli ludzie będący tam i w tamtym momencie.

Niedziela...
Wschód słońca ze Szczelińca ogląda tylko Foka.
Pakowanie, ostatni rzut okiem na Szczeliniec i trasa na Twierdzę Kłodzką.
Jest nas 9 i jeden pojazd...Foka przerzuca całe „towarzystwo” w dwóch turach.
Spotykamy się pod Twierdzą.
Mamy czas, więc zwiedzamy Twierdzę, Podziemną Trasę Turystyczną i Starówkę. Z tarasu patrzymy na...Śnieżnik...

Nadchodzi czas pożegnania i nie są to miłe momenty. Miejsce może nieprzypadkowe – most gotycki, który jest miniaturową kopią praskiego mostu Karola.

Wiemy jednak, że za jakiś czas, w innym miejscu, spotkamy się znów.
Mamy nadzieję, że będzie nas więcej, bo jednak są to niezapomniane chwile w życiu każdego człowieka.

Foka zabiera swoją „brygadę” i Ylama, do nas dołącza Bad.
22.30 – wszyscy już w domu- sms to dobry wynalazek.
Najpóźniej melduje się Kraków...
Do zobaczenia na kolejnym szlaku!



Mijają 3 tygodnie i Grupa Górska zdobywa Śnieżnik. Na zdjęciu grupowym oprócz Grupy Górskiej (w składzie: @nia, Agata, Antenka, Dżagietka, Kasia, Bad_Sid, Jarko, Mantek, Mpie, Pietia i Ylam) i tablicy informującej o przejściu granicznym nic więcej widać nie było. No cóż taka pogoda też się zdarza Grupie Górskiej
Wieczorem dołącza do nas Foka, który z kilkoma osobami zdobywa Śnieżnik w niedzielę rano (każdy chce być na Śnieżniku )

Pietia napisał:

Zgodnie z obietnicą, jako "świeżak" na wyjazdach Grupy Górskiej zabieram się za klecenie relacji...

ROZDZIAŁ I

"YLAM"

Piątek 10.III.2006 - 11:00 am Poznań Centrum

Wróciwszy z zajęć do chałupy zabrałem się do kończenia rozpoczętego dzień wcześniej pakowania plecaka. Później wskoczyłem pod pierzynę chcąc zdrzemnąć się przed całonocnym marszem z Ylamem przez dzikie tereny Masywu Śnieżnika - nic z tego - skończyło się jedynie na leżeniu i słuchaniu jazzu (dobre i to - pomyślałem).
Następnie tramwajem nr 8 pognałem na Dworzec Główny. Wpadam do osobowego, jadącego do Wrocławia. Pociąg pęka w szwach. Jednak w Lesznie 50% podróżnych opuszcza gościnne progi PKP. Rozsiadam się wygodnie i patrzę na przelatujące krajobrazy. Po głowie chodzi mi pewniem kawałek KULTU. Po chwili oczy same mi się zamykają, świadomość ucieka, a ja odpływam gdzieś w czarną przestrzeń. Do rzeczywistości powracam tuż za Osobowicami.

17:45 pm Wrocław Stare Miasto

Na Dworcu Głównym we Wrocławiu zgodnie z umową kupuję bilet do Domaszkowa dla Ylama. On sam w drogę do Wrocławia wybrał się stopem. Idę na peron 4. W tym momencie dzwoni Ylam, (którego poznałem parę tygodni temu przy piwku w Poznaniu): Jest na Węźle Bielańskim pod Wrocławiem i próbuje złapać coś do Centrum - okazało się, że kierowca ciężarówki, z którym podróżował zrobił sobie przed miastem kwadrans postoju, co znacznie opóźniło jego przyjazd . Na peronie podstawiają pociąg do Międzylesia. Pytam konduktora o pierwszą i drugą stację za Wrocławiem - może Ylamowi będzie łatwiej dojechać tam, niż do zakorkowanego centrum. Były to Żerniki Wrocławskie i Żurawina. Ylam gna na przystanek PKSu, jednak na rozkładzie jazdy nie ma śladu po Żernikach, czy Żurawinie. Czas ucieka. Konduktor sam proponuje opóźnić o parę minut pociąg (ostatni w tym kierunku). Jednak mimo tego dotarcie jeszcze dziś do Domaszkowa wydaje się być nierealne. Podejmujemy więc decyzję: z żalem odpuszczamy sobie nocne łojenie po górach i zmieniamy kierunek z Międzylesia na Wałbrzych, z którego rano wyjedziemy do Kłodzka. W tym momencie przypominam sobie, że dziś moja siostra wraz ze szwagrem jedzie z Wrocławia do Wałbrzycha odwiedzić rodziców. Szybko wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię. Okazuje się, że są parę km za Bielanami. Szybko tłumaczę im jaka jest sytuacja. Zaraz po tym wykręcam numer Ylama i kieruję go pod wejście główne Tesco, pod którym mówiłem siostrze, że będzie czekał na nią pasażer z wielkim plecakiem, a ja podjadę jak tylko sie da najszybciej darmowym autobusem, gdy oddam niewykorzystany bilet.
Wkońcu po wykonaniu wielu telefonów, mojej walce w kasie biletowej oraz sprincie Ylama przez Bielany, cała nasza czwórka spotyka się pod wielkimi, kiczowatymi wrotami, okraszonymi napisem: "TESCO".

20:30 Wałbrzych Podzamcze

W Wałbrzychu udajemy się do mnie do domu. Jemy kolację, sprawdzamy połączenia do Kłodzka, przepakowujemy plecaki i po północy kładziemy sie spać.

Sobota 11.III.2006 - 5:00 am Wałbrzych Podzamcze

Pobudka, śniadanie i wymarsz na wałbrzyski dworzec PKS-u. Tam o 6:30 wyruszamy czerwonym busikiem do Kłodzka, w którym mamy spotkać się z częścią Grupy. Nasza droga wiedzie z Wałbrzycha przez Jedlinę Zdrój, Głuszycę, znajdujące się u podnóża Gór Sowich, Kamiennych i Wałbrzyskich; Ludwikowice Kłodzkie, Nową Rudę i Słupiec. Całą drogę gadamy o wyjazdach, górach, planach, tudzież przysłuchujemy się rozmowie dwóch panów, z których jeden przyciął sobie palucha nożem, zaostrzonym przez teścia - niezwykle pasjonująca to była opowieść. Niebawem docieramy do Kłodzka.

około 9:00 am Kłodzko

Tu idziemy dowiedzieć się o której będzie najbliższy transport w okolice Śnieżnika. Poznajemy też dworcowego DJ'a, który niemiłosiernie głośno zapowiadał przyjazdy i odjazdy autobusów. Naśmiewał się z nas, że taszczymy na plecach całą szafę. On, jak twierdził, w naszym wieku zwiedzał Polskę mając śpiwór, namiot i wszystkie inne potrzebne rzeczy w małym koszyku (a ja myślałem, że miniaturyzacja jest stale postępującym procesem )
Mając trochę czasu w zapasie udajemy się do rynku...

ROZDZIAŁ II

"Kasia, Dżagietka, Agata, Jarko i Mpie"

Nagle w uliczce obok rynku wpadamy na gromadkę pięciu obładowanych plecakami osób - niech mnie kule biją, rozpoznaję ich od razu - tyle razy widziałem ich twarze obok nicku na forum! Te same dobrze znane z wyglądu i opisów w postach dziewczyny oraz Jarek (jak zwykle w płaszczyku podobnym do tego, który nosił Włóczykij z Muminków) tylko teraz widziani LIVE! Jedynie Mpiego nie rozpoznałem od razu (wszystko zmieniło się od momentu, gdy założył swoje kolorowe okulary ). Całą załogą ruszamy na dworzec PKS-u, a później do pobliskiej knajpki na kawę. Niezwykle miłe jest to doświadczenie - znać jakąś osobę tylko z fotografii i czytając jej posty, a teraz móc usłyszeć jej głos, porozmawiać i poobserwować szerzej pojęte "zachowanie" Tu dowiaduję się o wyprawie Dżagietki i Jarka do Tunezji, a następnie szalonym rajdzie z Warszawy, przez ich rodzinne Kraków i Mysłowice do Wrocławia, by wraz z Kasią, Agatą i Mpiem gnać na kolejny zjazd Grupy - jakże bliscy mi są tacy "Wariaci"
Z baru ruszamy na PKS, gdzie po chwili podjeżdza nasz autobus, mający zabrać nas do Starej Morawy. Jest spory tłok, więc mimo tego że na biletach mamy swoje miejsca z przodu, stoimy bądź siedzimy na samym końcu. Co chwilę na zakrętach nasze plecaki przechylaja się niepokojąco w kierunku drzwi. Wszyscy jesteśmy już lekko znużeni tą jazdą. W końcu nadchodzi upragniona chwila desantu.

Stara Morawa ( nie pamiętam już o której to było)

Wyskakujemy z autobusu wprost do krainy Królowej Śniegu. Zakładamy gnojoskoki (stuptuty) i ruszamy do Kletna. W pewnym momencie na drodze napotykamy chłopaków, próbujących wypchnąć z zaspy samochód. W czynie społecznym pomagamy im ustawić samochód na drodze - dobry uczynek w tym dniu spełniony - możemy iść dalej. Kierujemy się do Jaskini Niedźwiedziej...

ROZDZIAŁ III

"@nia, Antenka, Bad Sid i Mantek"

W połowie drogi napotykamy @nię, stojącą przed pewną restauracją. Gdyby nie zdjęcia z poprzedniego wyjazdu Grupy, po prostu nie połapałbym się, że @nia to właśnie @nia. Jednak teraz wystarczyło jedno spojrzenie, a moje czujne gestapowskie oko od razu rozwiało wszelkie wątpliwości Po chwili z knajpianych czeluści wychodzi Mantek! Mantek to niezwykle ważna persona w Grupie - posiada zdolności jasnowidzenia i niczym wróżka przepowiada pogodę (ma szczęście, że żyje w naszych czasach, bo w średniowieczu za podobne sztuczki spłonąłby na stosie) Posiada on jeszcze inny dar - umiejętność przekonywania, w wyniku czego dajemy poprowadzić się jak owieczki ze szlaku wprost w restauracyjną otchłań. W środku spotykamy kolejnych Grupowiczów - obdarzoną wielkim głosem Antenkę, która swoim góralskim śpiewem potrafi zagotować wodę w potokach oraz Bada - kawał chłopa z ogromnym plecakiem, mogącym pomieścić dwoje drobniejszych emerytów (choć tym razem najcięższy wór dźwigał YLAM, który bohatersko wniósł na górę koszulki wraz z opakowaniami dla Grupowiczów). Po zakończeniu biesiady udajemy się do Jaskini Niedźwiedziej. Tu spotykamy przesympatycznego Pana Przewodnika, który opowadził nas po jaskini, przekazując z pasją wiele ciekawych informacji Po wyjściu z jaskini zaczyna się droga pod górę. Z początku nie sprawia większych problemów. Jednak w miarę nabierania wysokości droga w śniegu staje się coraz gorzej utorowana, co powoduje częstsze postoje. Pogoda zdaje się czasem poprawiać - raz po raz gdzieś nad głowami przedziera się nieco błękitu. Mimo tego chmury nie dają za wygraną i pod postacią gęstej mgły spływają w dół ze śnieżnickich grzbietów, otaczając dzielnych przedstawicieli Grupy Górskiej, którzy po mozolnej wędrówce słabo przetartym szlakiem dotarli do ubitej przez ratrak drogi. Teraz z lepszymi już humorami (wszak najbardziej stromy i męczący odcinek mamy już za sobą) dziarsko brniemy przez mgłę do schroniska "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta.
W schronisku ku memu zaskoczeniu jest dość sporo osób - poprzednim razem (również w marcu) wiało tam pustką. My lokujemy się w 10-osobowym pokoju - nota bene gdy tam jestem, zawsze śpię w tym pokoju. Jednak tym razem wieczorem z okna nie będzie roztaczał się piękny krajobraz na rozświetlone u podnóża Masywu miejscowości oraz słońce zachodzące za Górami Bystrzyckimi. Cały Śnieżnik spowity jest gęstą, wilgotną mgłą, przez którą przebijają się jedynie płatki śniegu. Mimo tego zostawiamy nasze tobołki i udajemy się na szczyt Śnieżnika. Ścieżka ze schroniska wiedzie przez niewielki świerkowy las regla górnego, by następnie przejść w wysokogórską łąkę piętra subalpejskiego z kępami kosówki tu i ówdzie. We mgle widać jedynie najbliższe słupki wskazujące drogę na szczyt. Podążamy za nimi słupek po słupku, aż w końcu ziemia pod stopami staje się mniej pochyłą, a stąpanie po niej nie jest już tak męczące. Oddech staje się trochę wolniejszy i zapominamy o pulsującej przed chwilą w skroniach krwi. Jesteśmy na kopulastym szczycie Śnieżnika Kłodzkiego Widoki fenomenalne - ledwie da się dostrzec gruzowisko pozostałe po dawnej wieży widokowej. Mimo tego jesteśmy zadowoleni, gdyż możemy dopisać już kolejną górę do listy KGPGG Naszą obecność na czubku Śnieżnika dokumentujemy grupowymi fotkami.
Schodzimy. Gdy jesteśmy już przed schroniskiem, zaczyna zapadać zmierzch. W środku każdy zabiera się za przysznic, lub przyrządzenie czegoś do jedzenia, gdy nagle YLAM mówi mi, że da się jeszcze nadrobić straty z wczoraj i urządzić sobie wieczorny wypad do Międzygórza i z powrotem - wiem już o co mu chodzi - to znak, że Jakub - FOKA jest już w drodze z Łodzi.

ROZDZIAŁ IV

"FOKA"

W zadaniu przyprowadzenia FOKI do schroniska pomaga nam Jarek. Przed wyjściem z chaty pyta nas, czy idziemy trochę szybciej, czy normalnie. "Szybciej!" - mówimy. Nawet nie wiedziałem, czym to grozi. Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Jedynie blask światła dobiegający z okien rozświetla obszar wokół schroniska. Jarko wyrywa do przodu, na tyle szybko, że po chwili widać jedynie błysk jego czołówki. Biegniemy za nim. Po kilku chwilach tracę równowagę w śniegu i ląduję na brzuchu z wyprostowanymi łapami. Podnoszę się i dalej do przodu. Po jakimś czasie dostrzegamy, że ze schroniska wybiegł mały kundelek, który wiernie towarzyszył nam przez całą drogę tam i z powrotem. Idziemy czerwonym szlakiem, co chwilę ocierając się o pokryte śnieżnym, zimnym puchem gałęzie. W jednym miejscu zbaczamy ze szlaku, wkraczając w utorowaną ścieżkę prowadzącą ostro w dół na skróty. W końcu dobiegamy na sam dół. Tu zmierzamy do pewnej knajpy-zajazdu, pod którym się umówiliśmy. FOKA nie każe długo na siebie czekać - ledwo skończyliśmy pić Sprite, a już na pobliskim parkingu widać błysk reflektorów jego Kangura. FOKA przepakowuje plecak i po chwili znów jesteśmy na szlaku, tyle że teraz nasza droga wiedzie do góry. W połowie drogi spostrzegamy, że przez gęste chmury przebija się księżyc oraz pojedyncze gwiazdki, a zalegająca wcześniej w dolinie mgła opadła w dół. Może wróży to poprawę pogody? Cóż, przekonamy się jutro - myślę. Około 23:00 docieramy do schroniska. Tu okazuje się, że część Grupowiczów, a raczej Grupowiczek śpi już w pokoju, a męska część załogi, wraz z dwiema reprezentantkami płci pieknej - @nią i Antenką, prowadzi rozmowy i dysputy przy piwku i śliwowicy na dole w sali kominkowej. My z YLAMEM postanawiamy ugotować sobie ryż z sosem, którego przyprawieniem od początku do końca zajmuje się YLAM (trzeba przyznać, że ma chłopak do tego talent ) Stojąc w kuchni turystycznej co chwilę mamy okazję "podziwiać" nieustanne manewry obecnych w schronisku chłopaków, którzy hordami wchodzą i wychodzą z damskiej toalety. Przez nieustannie otwierające się wrota widzimy cel ich częstych wizyt - ciężko zaprawioną C2H5OH koleżankę // BEZ KOMENTAŻA \ Po chwili przychodzą do nas Dżagietka z Antenką i załapują się na porcję naszego specjału Po późnej obiado-kolacji idziemy jeszcze do sali kominkowej, gdzie toczy się dyskusja m.in. na temat warunków panujących w schronisku harcerskim u babci Ali w Bieszczadach (niestety nie miałem okazji jeszcze się o nich przekonać). Około 2:00 wchodzę do ciemnego pokoju, w którym rozlega sie jedynie chrapanie Mantka Wskakuję na wyrko i po chwili zapadam w sen. Natomiast @nia, FOKA i YLAM w ogóle nie zmróżyli oczu. Z tego co słyszałem przegadali resztę nocy w dobrych humorach, a około 6:00 wybrali się podziwiać wschód słońca na Śnieżniku.

Schronisko "Na Śnieżniku" im. Zbyszka Fastnachta 7:30 12.III.2006

Ku swemu zdziwieniu budzę się, nie czując zmęczenia z poprzedniego dnia. Po jakimś czasie siedzimy prawie całą grupą na dole w sali kominkowej przy śniadaniu. Nagle drzwi się otwierają, a w nich pojawiają się trzy postacie w czerwonych, obsypanych śniegiem kurtkach. To nocne marki - @nia, FOKA i YLAM, którzy dopiero przed chwilą wrócili ze szczytu Śnieżnika. Okazało się, że u góry panowały bardzo złe warunki - gęsta mgła, silny wiatr oraz bardzo kłujący śnieg. W wyniku złej widoczności niechcący odbili ze szlaku i zeszli kawałek drogi w dół na czeską stronę. Nie mieli ze sobą herbaty, mapy, kompasu, a baterie w telefonach wyczerpały się pod wpływem niskiej temperatury. To jest właśnie złośliwość Śnieżnika - pogoda szybko ulega zmianie, a mimo tego, że góry są niewysokie, można się w nich łatwo zgubić. Na szczęście po chwilach błądzenia natrafili na szlak prowadzący do schroniska
Niestety tak już jest, że wszystko co miłe, szybko się kończy... Po śniadaniu część ekipy - Antenka, Mantek i Bad Sid ruszają w dół do Kletna, gdzie zostawili samochód. Z kolei reszta podzielona na dwie grupki udaje się czerwonym szlakiem w kierunku Miedzygórza. Dżagietka, Kasia, Agata, Mpie i Jarko wychodzą nieco wcześniej. Teraz w końcu widzimy, jak wygląda ta ścieżka za dnia. W Międzygórzu udajemy się do knajpki niedaleko wodospadu Wilczki, gdzie czekamy na autobus, którym część Grupy pojedzie do Kłodzka, by później pociągiem przez Wrocław wrócić w rodzinne strony...I tak się również dzieje...po chwili autobus relacji Międzygórze - Kłodzko zatrzymuje się na naszym przystanku, a moment późnej odjeżdża, zabierając ze sobą Dżagietkę, Agatę, Mpiego i Jarka. Pozostaje po nim jedynie chmurka szarych spalin.
Nasza piątka idzie jeszcze obejrzeć efektownie oblodzony wodospad Wilczki (ślizgająć się jednocześnie na równie mocno oblodzonych schodkach i ścieżce), a następnie wskakuje do stalowego Kangura FOKI. Całą drogę powrotną do Wrocławia spędzamy na gadaniu, spaniu i słuchaniu kawałków Zbigniewa Hołdysa. Tak mi się ta jazda podobała, że na dobre zapomniałem o zabraniu z samochodu termosu i kijków. W efekcie tego pojechały sobie do Warszawy wraz z FOKˇ, odwieźć @nię, a w drodze powrotnej zwiedziły Łódź
Na koniec po pożegnaniu z @nią i FOKˇ Kasia zaprosiła jeszcze mnie z YLAMEM na herbatkę, a później w czwórkę ( bo z pieskiem Kasi) poszliśmy na Dworzec Główny. YLAM kupił sobie bilet do Żagania (gdyby wiedział, że ten pociąg nie zatrzyma się w Żaganiu, to pewnie by tego nie robił ). W tym miejscu pożegnaliśmy się, po czym Kasia z YLAMEM i pieskiem wrócili z powrotem do domu, a ja wskoczyłem do osobowego do Rawicza, gdzie następnie przesiadłem się na pociąg do Poznania. Na miejscu byłem gdzieś koło 19:30. Okazało się, że przed chwilą uciekł mi transport do chałupy. "Nic nie szkodzi" - pomyślałem. "Nawet jest mi to na rękę" - byłem tak zadowolony z wyjazdu, że postanowiłem uczcić go pieszą wędrówką do domu, przez rozświetlone wieczorną porą poznańskie ulice.



Kolejnym szczytem zdobytym przez GG staje się 26 marca Biskupia Kopa w Górach Opawskich. Tym razem z Grupy Górskiej obecni byli tylko: Emil, Smyk, Jarko, Mpie, i Kasia.

Relację z wycieczki tym razem napisał… Emil – najmłodszy pośród członków Grupy Górskiej

Mój pierwszy raz z GG

Jako najmłodszy uczestnik tej wycieczki napiszę, jak umiem, wrażenia z wyprawy, a co nie bedę umiał, to... zawsze znajdzie się ktoś dobry, kto pomoże w trudnych chwilach

Dla mnie wycieczka zaczęła się już w piątek koło południa kiedy to okrężną drogą (przez Kraków) wyruszyłem ze Smykiem w te inne góry. Aż do sobotniego rana wszystko było takie jakieś zwyczajne, choć na brak atrakcji narzekać nie mogłem. W sobotę, po wczesnej, jak dla mnie pobudce, po